Wyślij zdjęcie dziecka

Otwierasz ponownie sklep? Uruchamiasz na nowo usługi? Daj nam znać, poinformujemy o tym mieszkańców - Twoich klientów! Zadzwoń: 508-211-990

Znajdujesz się na starej wersji portalu palukitv.pl

Aktualne informacje znajdziesz na nowej stronie.

 
Znajdź nas na Facebooku
 Rysunek statku, na którym dopłynął wraz ze swymi towarzyszami podróży Klemens Tomczek do Afryki. Rysunek ten zamieszczony został w „Tygodniku Ilustrowanym” z 8 lipca 1882 r.

Klemens Tomczek, podróżnik, Trzemeszno, Afryka, kolonia
130 lat temu wypłynął, by utworzyć polską kolonię w Afryce
    Zaledwie 22-letni podróżnik wraz ze swymi dwoma towarzyszami marzył o utworzeniu skrawka Polski na Czarnym Lądzie, na terenie nieskolonizowanego Kamerunu. W czasach, gdy ojczyzny rozerwanej między zaborców nie było na mapach Europy, schronienie tam mieli znaleźć polscy emigranci. Po ponad roku badań, trzemesznianin zmarł na febrę i malarię i tam został pochowany. Zalążki polskiej kolonii powstały, ale ostatecznie przeszły w ręce Niemców.

     MARZYLI O POLSKIEJ ZIEMI
     13 grudnia mija dokładnie 130 lat od dnia, w którym pochodzący z Trzemeszna geolog Klemens Tomczek wraz ze Stefanem Szolc-Rogozińskim i meteorologiem Leopoldem Janikowskim wypłynęli w rejs do Kamerunu. Głównym celem wyprawy młodych podróżników było utworzenie polskiej kolonii na Czarnym Lądzie, gdzie polscy emigranci mogliby znaleźć dla siebie schronienie. Chcieli również zwrócić uwagę opinii światowej na Polaków, jako zdolnych do rywalizacji z krajami rozwiniętymi cywilizacyjnie. Wyprawie przyświecały także cele naukowe.
     Klemens Tomczek urodził się 23 listopada 1860 r. w Trzemesznie. Wkrótce jego ojciec, profesor w miejscowym gimnazjum, został karnie przeniesiony przez władze pruskie do Ostrowa Wielkopolskiego w ramach represji w związku z patriotycznym zachowaniem się uczniów i nauczycieli trzemeszeńskiego gimnazjum w Powstaniu Styczniowym. Klemens Tomczek ukończył gimnazjum we Wrocławiu, gdzie zaprzyjaźnił się z Rogozińskim. Później ukończył akademię górniczą we Fryburgu.

Klemens Tomczek

     PATRIOCI CZY SZALEŃCY
     W 1882 r. Klemens Tomczek miał 22 lata, Rogoziński - 21, a Janikowski 27 lat. Polski nie było na mapach świata, gdyż od prawie 100 lat była zajmowana przez trzech zaborców. Kamerun był wówczas jednym z ostatnich niezbadanych i nieskolonizowanych terenów w Afryce.
     Głównym organizatorem wyprawy był przyjaciel Tomczeka jeszcze z czasów szkolnych Stefan Szolc-Rogoziński.
     Rogoziński wystąpił z rosyjskiej marynarki wojennej, gdzie był oficerem i rozpoczął przygotowania do wyprawy. Próbował, choć bezskutecznie, pozyskać środki na wyprawę od swojego ojca, znanego przemysłowca Ludwika Scholtza. Pierwsze pieniądze, jakie udało mu się na ten cel pozyskać, to spadek po zmarłej w 1877 r. matce. Fundusze i rozgłos pozyskiwał także wygłaszając wykłady o Afryce i planowanej wyprawie. Plany te poparli finansowo mecenas nauk przyrodniczych hrabia Konstanty Branicki i kolekcjoner hrabia Benedykt Tyszkiewicz. Wyprawę wspierali również Bolesław Prus i Henryk Sienkiewicz. Plany wyprawy wywołały w tamtych czasach ogólnonarodową dyskusję. Publicyści podzielili się na jej zwolenników i przeciwników.
     Niech oni (Rogoziński, Janikowski, Tomczek) wiedzą, że poza nimi stoi gdzieś naród, a nad nimi unosi się jego błogosławieństwo. Niech ono im towarzyszy w samotności, dodaje męstwa w bitwach, niech w dalekiej pustyni rozmawia z nimi o kraju, a dla nas niech będzie świadectwem, żeśmy się ogólnoludzkich ideałów nie zaparli i nie zaprzemy - apelował wtedy Bolesław Prus.
Przeciwnicy wyprawy nazywali plany młodych podróżników szaleństwem i nie wróżyli im sukcesu. Głosili, że wsparcie finansowe tej eskapady będzie tylko niepotrzebną stratą pieniędzy.
     NA POKŁADZIE ŁUCYI-MAŁGORZATY
     Dzięki pozyskanemu wsparciu młodzi podróżnicy zakupili 15 marca 1882 r. statek rybacki o nazwie Lucie-Marguerite. Statek ten zbudowany został w 1868 r. w Dieppe (port francuski nad kanałem La Manche w Normandii). Miał około 25 metrów długości i 6,5 metra szerokości. Wyposażony był w 3 maszty i 5 żagli. Używany był wcześniej do połowu śledzi. Po zakupie został przebudowany na statek ekspedycyjny we francuskim porcie Hawr. Nazwę statku zmieniono na Łucya-Małgorzata. Wyposażenie statku stanowiły także dwie czterowiosłowe łodzie nazwane przez młodych podróżników: Warszawianka i Syrena.
     Łucya-Małgorzata wypłynęła z portu w Hawrze 13 grudnia 1882 r. Załogę okrętową stanowili Francuzi na czele z kapitanem statku o nazwisku Boutes. Na pokładzie oprócz trzech polskich podróżników i francuskiej załogi znajdował się także pies Janikowskiego Dolar oraz 3 koty.
     Rogoziński w swoich odczytach Pod równikiem opisywał dobytek, który przewozili ze sobą podróżnicy (pisownia oryginalna): Bagaż nasz był bardzo liczny. Wieźliśmy z sobą około ośmdziesięciu pak najróżniejszych rozmiarów, a zawierających rekwizyty nasze podróżne, broń i amunicją, najniebezpieczniejsze instrumenta, oraz przedmioty przeznaczone dla murzynów, bądź jako podarki, bądź jako zamiana na żywność. Te ostatnie składały się z następujących rzeczy: różnokolorowych materyi, tytoniu, nożów, prochu, strzelb, krzemieni, prętów mosiężnych i miedzianych, takichże bransolet, kolczyków, czapek czerwonych, pasków i szarf, pierścieni, tabakierek, fajek, łyżek, paciorków, naszyjników, słoików pomady itp. Oraz były tam 3 wielkie parasole o średnicy 10-12, ozdobione bogato a przeznaczone dla głównych króli.

Symboliczny nagrobek Klemensa Tomczeka na cmentarzu parafialnym w Trzemesznie fot. Roman Wolek

     4 MIESIĄCE W PODRÓŻY
     Silne wiatry spowodowały, że już 16 grudnia statek musiał zawinąć do angielskiego portu Falmouth, by przeczekać najgorszą pogodę. W dalszą podróż na ocean wypłynął 20 grudnia. Na oceanie statek przez miesiąc zmagał się z wielkimi falami powodującymi poważne zniszczenia statku.
     18 stycznia po 35 dniach podróży ekspedycja dopłynęła do portugalskiej wyspy Madera. Na wyspie podróżnicy przyjęci zostali przez mieszkającego tam hrabiego Benedykta Tyszkiewicza, a statek został wyremontowany. 28 stycznia popłynęli dalej. 31 stycznia przybyli na Teneryfę i zwiedzili Wyspy Kanaryjskie. Polscy podróżnicy zachodni brzeg Afryki zobaczyli po raz pierwszy z pokładu statku 24 lutego. Płynąc dalej zawijali do portów afrykańskich i zwiedzali tereny, gdzie obecnie znajdują się kraje: Liberia, Wybrzeże Kości Słoniowej i Ghana. W stolicy Liberii Monrovi przyjęci zostali przez prezydenta tego kraju sir A.J Russela.
     16 kwietnia 1883 r. Łycya-Małgorzata dotarła do celu morskiej podróży i rzuciła kotwicę w przystani Sta Isabel, na wyspie Fernando-Poo leżącej na wprost wybrzeży Kamerunu. Obecnie wyspa ta nazywa się Bioko i należy do Gwinei Równikowej. Kilka dni później Tomczek z Rogozińskim łodzią Warszawianka zaryzykowali podróż do oddalonego o 24 mile morskie lądu.
     BAZA NA MONDOLEH
     Na wyspie Mondoleh od lokalnego przywódcy Akemy kupili trochę terenu, na którym 23 kwietnia wyznaczyli miejsce na utworzenie bazy swojej ekspedycji.
     Rogoziński w swoim pamiętniku z wyprawy tak opisywał moment, kiedy z Tomczekiem załatwiali nabycie lokalizacji na siedzibę bazy z Akemą: Przywitaliśmy się z nim; następnie rzekłem, że pragniemy osiedlić się na jego wyspie. Oczy murzyna zabłysnęły radośnie: - O! - zawołał - tego pragnę od dawna, by biali ludzie uczynili mą wyspę krajem białych. Wkrótce umówiliśmy się o dary, jakie miały Akemę wynagrodzić za oddany teren; składały je: 10 sztuk materyi, 6 fuzyi, 3 skrzynki dżynu, 4 kuferki, 1 tożurek czarny, 1 cylinder, 3 kapelusze, tuzin czapek czerwonych, 4 tuziny pomady, tuzin bransoletek i 4 chustki jedwabne.
Z bazy na wyspie Mondoleh polscy podróżnicy wyruszali w głąb lądu.
     Tomczek zachorował już wkrótce po przybyciu do Afryki, gdy podróżnicy płynęli czółnem w głąb Kamerunu rzeką Rio-Mungo. Opisywał to Rogoziński w swoich pamiętnikach przeplatając w nich troskę o zdrowie swojego towarzysza z zachwytem nad pięknem krajobrazów. Pisał: Jakże pełnymi uroku były te noce mozolnej jazdy po rzece Mungo! Widok lśniącej się niby srebrzysta wstęga rzeki, okolonej ciemnemi konturami bujnej tropikalnej roślinności, był przy tem świetle zaiste magicznym! Tomczek dostał był febry, leżał w gorączce, majacząc. Co chwila patrzałem z niepokojem na cierpiącego towarzysza, ale mimo to nie mogłem się zupełnie oderwać od nocnej scenerii, jaka nas otaczała, przesuwając się powoli przed nami.
     ODKRYŁ ŹRÓDŁA RZEKI I JEZIORO
     Rogoziński w swoich wspomnieniach opisuje relację Tomczeka z września 1883 r. z jego podróży zakończonej sukcesami, podczas której natrafił na jezioro Mbu, czyli Słoniowie i odkrył źródło rzeki Rio del Rey.
     16 września Rogoziński wracając z Kumbaji ze swą karawaną spotkał wielkie stano słoni. Podróżnicy ledwo uszli z życiem. Podczas ucieczki Rogoziński pościerał sobie skórę do kości. Po powrocie do swojej kwatery w Bakundu okazało się, że rany Rogozińskiego są zbyt duże, aby mógł on podróżować przez najbliższe dni. Dlatego Tomczek zdecydował się pójść sam. Minął nieznane miasta Barri i Nakeh i niespodziewanie natrafił na górny bieg rzeki Rio del Rey, tworzącego koło miasta N`Gongo rozszerzenie, duże prawie jak jezioro i pełne aligatorów. Idąc brzegiem rzeki dotarł do jej początku i pomiędzy pagórkami ciągnącymi się w pobliżu miasta Boa, odkrył źródło tej rzeki. Jak opisywał Tomczek, następnego dnia opuścił Boe z silnym bólem głowy i febrą po odbytej dzień wcześniej podróży w ulewnym deszczu. Wyruszył jednak chwiejnym krokiem w nadziei, że zobaczy tego dnia nieznane jezioro.
     Pisał: Po kilkugodzinnym marszu, upadając ze znużenia, powitałem z radością w dali jaśniejącą smugę rzeki, spadającej w kaskadach ze skały na skałę. Wtem z prawej zawiał świeży wietrzyk. Spojrzałem w tę stronę. Przed nami leżała obszerna płaszczyzna wody, długo szukane jezioro Mbu! Zapomniałem o febrze i zmęczeniu, szybkim krokiem podążyłem do brzegu, a wsiadłszy do jednej z lichych pirożek, napawałem oczy czarującym widokiem, gładkiej jak lustro, powierzchni jeziora! Mieszkańcy Mbu uwiadomieni o przybyciu bajecznego dla nich może białego człowieka, wyszli naprzeciw, lecz za każdym krokiem, który uczyniłem na przód, owe setki czarnych cofały się w tył, nie dowierzając dziwnej istocie. Przy pierwszej chacie zatrzymała się wreszcie ciżba, a chcąc ją ośmielić, podszedłem ku niej, podając rękę najbliżej stojącemu krajowcowi. Nie zrozumiawszy mojego gestu, olbrzymi murzyn drapnął co sił mu starczyło, a za jego przykładem poszła i reszta. Gdym jednak przybył do domu królewskiego, w jednej chwili zapełniła się chata czarnymi, którzy, nie wiedząc co czynić ze zdumienia i radości, wdrapywali się z hałasem na stołki i słupy, grożąc zupełną ruiną i tak chwiejącej się chacie. Po chwili, nadszedł podstarzały murzyn o słusznej postawie, król Mukuri, a wziąwszy podaną mu rękę w obie dłonie, trząsł nią długo i serdecznie, wyrażając mi swoją radość, iż przecież wreszcie zawitał biały do ich miasta!
     Odpocząwszy cokolwiek, powróciłem do jeziora i rzeki Sobo, aby za pomocą kompasu zdjąć ich kontury. Ciekawa gawiedź nie opuszczała mnie na chwilę, a zapadającą nocą rozpoczęła się czuła serenada, która tym razem jednakże nie przeszkodziła mi bynajmniej zasnąć snem twardym. Opuszczając nazajutrz miasto, obdarzyłem uprzejmego króla, który dogadzał każdemu mojemu żądaniu, zwykłym doborem drobnostek, przy widoku których zaświeciły się z radości oczy starca. Przy pożegnaniu zadość uczyniłem ogólnej prośbie i wystrzeliłem kilkakrotnie z rewolweru. Nigdy nie zapomnę wrażenia jakie wystrzał ten wywołał na dziecinnych umysłach spokojnych krajowców. Skakano i śpiewano, tracono rozum. Jeden opowiadał drugiemu jak „mukara” (biały człowiek) złamał broń, złożył ją i strzelał. Rozpromieniony król zdradzał wielka ochotę uściskania mnie, lecz wstrzymał swoje popędy, zadawalając się serdecznym pogłaskaniem rąk mojego chłopca, noszącego rewolwer. Odprowadzony przez całe miasto na wybrzeże, usadowiłem moich ludzi i bagaż w pirodze, sam wsiadłem do drugiej, zaiste liliputowej łodzi i pożegnawszy skinieniem ręki jeszcze raz gościnny ludek, odbiliśmy od brzegu.
     WARCHLAK NA WIGILIĘ
     Swoją wigilię na Czarnym Lądzie w 1883 r. spędzili w miejscowości Soppo w gościnie u lokalnego przywódcy o imieniu Boloy.
     Dziwna to była wigilia! Wraz z Tomczekiem siedzieliśmy w zakopconej chacie murzyńskiej; „etulukan”, kaganek krajowy, rzucał na jej wnętrze żółtawe światło, mieszające się z płomieniami ogniska, gdzie na trzech kamieniach stał nasz kociołek. Ryb tu nie było. Wieczerzę stanowił warchlak, otrzymany od starego Boloy, a jego synowie dodali nam kilka kalabas wina palmowego - opisywał w swym dzienniku Rogoziński.
     NIE BYŁO RATUNKU
     W 1884 r. Tomczek i Rogoziński ciągle byli w drodze, od czasu do czasu wracając na odpoczynek do bazy na wyspie Modoleh. 11 maja Klemens Tomczek zachorował. Rogoziński przebywał wtedy od 11 dni poza wyspą. Musiał popłynąć do Fernando-Poo, by odebrać rzeczy przysłane dla podróżników z Europy oraz wysłać listy i zebrane zbiory do kraju. 12 maja stan chorego się pogorszył i pojawiły się objawy malarii. Wezwani na pomoc angielscy misjonarze stwierdzili, że dla chorego nie ma już ratunku. Tomczek przez tydzień prawie ciągle był nieprzytomny. Tylko chwilami wracała mu świadomość.
     Klemens Tomczek zmarł 20 maja 1884 r. Rogoziński w swoim dzienniku Pod równikiem tak opisuje ostatnie chwile życia swojego towarzysza: Z dnia na dzień, gdy opuszczała go gorączka, pytał się, czy nie wróciłem. Wreszcie 20-go mówił spokojnie - zdawało się, że febra przełamana, że przychodzi do zdrowia - lecz był to tylko ostatni błysk życia. Po południu ogarnęło go przeczucie śmierci! Zaczął rzewnie żegnać się z daleką ojczyzną. Potem podnosząc się nagle, zawołał Janikowskiego do siebie: - „Czy nie wrócił Stefan?” - zapytał błagającym głosem. - „Nie jeszcze” - odparł stroskany towarzysz. „A więc za późno!” - zawołał - „daj mi rękę...ściśnij... mocno...umieram!”... - i przy słowach modlitwy Janikowskiego, zasnął spokojnie na zawsze! Następnego dnia - w tym klimacie albowiem pogrzeby odbywać się muszą niezwłocznie - pochowano go! Krajowcy rozpierzchli się w zabobonnym strachu od miejsca, gdzie leżał zmarły biały człowiek. Janikowski sam musiał oddać mu ostatnią posługę na ziemi i złożył resztki uśpionego pielgrzyma pod ową mogiłą.
     Grób wykopano na małym wzgórzu niedaleko bazy podróżników, pomiędzy dwiema palmami.
     KOLONIĘ PRZEJĘLI NIEMCY
     Rogoziński i Janikowski jeszcze przez rok przebywali w Kamerunie. Głównego celu podróży nie udało się jednak osiągnąć. Powstały tylko zalążki polskiej kolonii. Rogoziński kupił od miejscowych klanów ziemię o powierzchni 30 km2. Wkrótce jednak na teren Kamerunu zaczęli przybywać Anglicy i Niemcy. Rogoziński nie chcąc, aby dopiero co nabyte polskie ziemie trafiły w ręce Niemców, oddał swoje tereny pod protektorat brytyjski. Niedługo po tym Anglicy podpisali z Niemcami traktat, na mocy którego zrezygnowali z Kamerunu na rzecz Niemców, tak więc ziemie nabyte przez Rogozińskiego ostatecznie i tak przypadły Niemcom. Śmiała wyprawa młodych Polaków odbiła się jednak w Europie szerokim echem. Wyprawa przyniosła także duże osiągnięcia naukowe m.in. w zakresie: botaniki, zoologii, antropologii czy etnografii. Do jej sukcesów trzeba także zaliczyć kilka odkryć geograficznych oraz sporządzenie bardzo dobrych map mało znanego wówczas Kamerunu.
     Główny organizator wyprawy Stefan Szolc-Rogoziński, który wcześniej obronną ręką wyszedł z katastrofy statku, gdy służył w marynarce wojennej oraz wyleczył się z nękających go w Afryce chorób tropikalnych, zginął tragicznie w wieku 36 lat. Na ulicy w Paryżu wpadł pod koła konnego omnibusa.
     ZAPOMNIANY ODKRYWCA
     Klemens Tomczek pozostawił po sobie słownik języka krumańskiego, 7 tomów zapisków etnograficznych i geograficznych oraz sporządzone przez siebie mapy. Dokonał kilku ważnych odkryć, m.in. źródła rzeki Rio del Rey, którego wcześniej poszukiwano przez prawie 200 lat.
     130 lat temu o Klemensie Tomczeku i jego kompanach biorących udział w śmiałej wyprawie było głośno wśród całego polskiego społeczeństwa pod zaborami. Dziś jest to już postać nieco zapomniana. W Trzemesznie o Klemensie Tomczeku przypomina tylko jego symboliczny nagrobek na cmentarzu. Nie ma nawet ulicy jego imienia. Ulica Klemensa Tomczeka istnieje tylko w Ostrowie Wielkopolskim.

Roman Wolek
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1087 (50/2012)

Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry