Wyślij zdjęcie dziecka

Otwierasz ponownie sklep? Uruchamiasz na nowo usługi? Daj nam znać, poinformujemy o tym mieszkańców - Twoich klientów! Zadzwoń: 508-211-990

Znajdujesz się na starej wersji portalu palukitv.pl

Aktualne informacje znajdziesz na nowej stronie.

 
Znajdź nas na Facebooku
Irena Kroczyk fot. Karol Gapiński
Irena Kroczyk fot. Karol Gapiński

- Mój dziadek uważał, że nie mamy po co jechać do Niemiec, bo tutaj się urodziliśmy, tutaj mieszkamy i nie wiadomo, czy w ogóle w Niemczech byśmy zostali dobrze przyjęci. Dla nich pewnie byśmy byli tymi obcymi - wspomina Irena Kroczyk, z domu Becker, ostatnia żninianka z przedwojennej mniejszości niemieckiej, która do tej pory mieszka w miejscu swojego urodzenia.

     W okresie zaborów w Żninie oraz na wsiach w otoczeniu miasta zaczęło się osiedlać wiele rodzin niemieckich. Kiedy pojawiła się na Pałukach rodzina Beckerów oraz z jakiego niemieckiego landu tutaj trafiła, tego Irena Kroczyk z domu Becker nie wie. - Myślę, że nasza rodzina osiedliła się tutaj w XIX w. Moja mama urodziła się w Jaroszewie w 1911 r., a pamiętam również, że dziadek i babcia mówili po polsku bez śladu żadnego akcentu, więc pewnie też przyszli na świat w Polsce - zaczyna swoją opowieść mieszkanka Żnina Irena Kroczyk.
     Na świat przyszła 31 stycznia 1931 r. w domu rodzinnym pod adresem Duża Osada 2. Wówczas było to przedmieście Żnina, obecnie jest to ul. Aliantów. Przed II wojną światową obok Dużej Osady było też inne przedmieście - Mała Osada. Ta znajdowała się wzdłuż drogi wylotowej ze Żnina w kierunku Bydgoszczy (obecnie ul. Mickiewicza). Irena Kroczyk nie pamięta, ażeby w Małej Osadzie mieszkali przed II wojną światową jacyś Niemcy. - Natomiast w Dużej Osadzie oprócz nas to pamiętam jeszcze takie nazwiska: Enke i Koch. Nie wiem, czy do Dużej Osady zaliczano również tę drogę na Janowiec, która obecnie jest ul. 1 Stycznia. W każdym razie wśród gospodarstw przy tej drodze mieszkała też rodzina Reibe - przypomina sobie Irena Kroczyk.

Maria Mazana w ogrodzie, który znajduje się w miejscu jej zabaw z Irką Becker przed blisko 80 laty fot. Karol Gapiński
Maria Mazana w ogrodzie, który znajduje się w miejscu jej zabaw z Irką Becker przed blisko 80 laty fot. Karol Gapiński

     DWA JĘZYKI I DOBRZY SĄSIEDZI
     Ze źródeł historycznych wynika, że tylko z miasta Żnina ogółem w latach 1920-1931 do swojej ojczyzny wyjechało 785 osób narodowości niemieckiej. Władze Republiki Weimarskiej zachęcały Niemców z Wielkopolski do opuszczania Żnina. Sądzili, że dzięki tym ruchom migracyjnym zdestabilizują życie w tej prowincji państwa polskiego, ponieważ przed 1919 r. większość urzędników stanowili Niemcy. Jak się jednak okazało, to przeważnie osoby niewykwalifikowane narodowości niemieckiej wyrażały wolę powrotu na łono ojczyzny. Podobnie było w Żninie. Pisze na ten temat Sławomir Kamosiński w monografii Żnina z 2013 roku 750 lat dziejów miasta, w rozdziale Żnin w międzywojennym dwudziestoleciu.
     - Szczerze mówiąc, to ja przed wojną nie znałam bliżej nikogo z niemieckich mieszkańców Żnina. My mieszkaliśmy poza miastem i raczej nie żyliśmy tym, co się dzieje w Żninie. Tyle co do sklepu czy do kościoła, a jak miałam te 7 lat, to zaczęłam chodzić do szkoły niemieckiej, we wrześniu 1938 r. Nasza niemiecka szkoła jednak była na obrzeżach miasta przy Małej Osadzie, tam gdzie teraz jest Zespół Szkół Specjalnych. W tej naszej szkole przy bydgoskiej szosie uczyły się wszystkie niemieckie dzieci ze Żnina i z okolicznych wiosek. Chodziłam do i ze szkoły przez pola, tam gdzie obecnie jest osiedle bloków oraz ul. Ogrodowa, więc praktycznie w mieście i tak mnie podczas tej drogi nie było. A z kolei te dzieci, co mieszkały dalej od Żnina, to przeważnie ich rodzice mieli majątki na wsi, jakieś gospodarstwa. Te dzieci mieszkały w tygodniu nauki w internacie. Internat był w tym budynku obok naszego kościoła na ul. Śniadeckich. Ten czerwony budynek między placem Działowym a kościołem. Te dzieci z bliższych wiosek, jak z Białożewina, z Haiman, czyli Hejmanówki, to przywożone były na zajęcia do Żnina bryczką - opowiada Irena Kroczyk.
     Ojciec pani Ireny miał na imię Ferdynand. Jego nazwiska nie zna. Była panieńską córką i nosiła nazwisko mamy. Ta natomiast miała na imię Maria Luisa. Przed wybuchem wojny mieszkała w domu swoich rodziców, właśnie w Dużej Osadzie 2. Po wybuchu wojny Maria Luisa Becker pracowała na poczcie w Łabiszynie, przez wszystkie lata okupacji niemieckiej. Miała przydział mieszkaniowy na rynku w Łabiszynie, ale była tam sama. Córka, Irena Becker, nasza rozmówczyni, pozostawała w latach wojny w domu swoich dziadków: Berty i Gustawa Augusta Beckera. Berta Florentine z domu nazywała się Nörenberg, a z pierwszego małżeństwa - Bayer. Mała Irena Becker nie bardzo interesowała się historią rodziny i niewiele też na ten temat próbowała się dowiedzieć od babci czy dziadka. Nie wie, skąd pochodziła babcia, ale pamięta, że pisywała ona wtedy listy do swojej siostry na jakiś adres w powiecie Breslau, czyli gdzieś w okolicach Wrocławia. Tej swojej cioci Irena Kroczyk nigdy nie poznała, ale po wielu latach widziała się w Niemczech z jej jedną córką na pogrzebie swojej mamy - Marii Luisy.
     Dziadek Ireny Kroczyk urodził się w Mamliczu, a jego ojciec August pochodził z Jordanowa. To wieś niedaleko Mamlicza. Babcia Berta urodziła się w Łabiszynie. Ślub brali w Żninie w 1910 r. w magistracie. Rok później urodziła się mama pani Ireny.
     - W dzieciństwie przed wojną bawiłam się tylko z Polakami, bo akurat w moim otoczeniu nie było niemieckich dzieci w wieku podobnym do mojego. Mój dziadek uważał, że nie mamy po co jechać do Niemiec, bo tutaj się urodziliśmy, tutaj mieszkamy i nie wiadomo, czy w ogóle w Niemczech byśmy zostali dobrze przyjęci. Dla nich pewnie byśmy byli tymi obcymi. Poza tym było trudno o pracę, a w Dużej Osadzie mieliśmy te 3 morgi, kury, krowę i to nam zapewniało jakiś byt. A w Niemczech? Nie wiadomo, jakby to było. Przed wojną nigdy nie miałam żadnych nieprzyjemności od koleżanek czy kolegów - Polaków, z tego powodu, że byłam Niemką. Mieliśmy bardzo dobrych sąsiadów. Nikt nam nie dokuczał. W dzieciństwie chętnie spędzałam czas z Marysią Brzykcą. Obecnie ona się nazywa Mazana i mieszka w Żninie na ul. Aliantów. Wtedy też tam mieszkała, tyle że to była Duża Osada. Ona mieszkała po prawej przy pierwszym wjeździe na obecną ul. Aliantów, na wprost pan Bilicki, a my naprzeciwko. U państwa Brzykcych były dwie dziewczynki: Maria miała siostrę. Przyjaźniłyśmy się. Jak one gdzieś wyjeżdżały do swojej rodziny, to pamiętam, że i ja się z nimi zabierałam, bo lubiłyśmy spędzać czas razem - opowiada Irena Kroczyk.
     Wzrastała ucząc się posługiwać równolegle dwoma językami. W domu rodzinnym rozmawiała po niemiecku, choć był to w zasadzie lokalny slang niemiecki, niemający wiele wspólnego z literackim językiem Goethego i Schillera. Irena Becker literackiej mowy, a także pisania i czytania w języku swoich przodków nauczyła się dopiero w szkole.

Wizyta gauleitera Arthura Greisera w Żninie fot. archiwum MiPBP w Żninie
Wizyta gauleitera Arthura Greisera w Żninie fot. archiwum MiPBP w Żninie

     KOLEŻANKA Z LAT DZIECIŃSTWA
     Maria Brzykca, obecnie Mazana jest 2 lata młodsza od Ireny Kroczyk. Gdy wybuchła II wojna światowa, miała 6 lat, ale pojedyncze wspomnienia z lat trzydziestych wciąż ma w głowie. Pamięta, że jej rodzinny dom znajdował się płot w płot z domem Berty i Gustawa Beckerów, u których wychowywała się ich wnuczka Irena. Dziewczynki lubiły grać w piłkę przez siatkę ogrodzenia między podwórkami obu posesji w Dużej Osadzie. Maria Mazana nadal tam mieszka, ale obecnie jest to już ul. Aliantów, przed rogatkami miasta. Siostra pani Marii, Leonarda Brzykca, która w tych zabawach uczestniczyła, była z rocznika 1930. Niestety, zmarła w wieku 18 lat. W latach trzydziestych dzieciństwo trzech kilkuletnich przyjaciółek z sąsiedztwa płynęło spokojnie i szczęśliwie. Maria Mazana pamięta również wspominane przez Irenę Kroczyk wyjazdy do rodziny państwa Brzykcych.
     - My wyjeżdżaliśmy do naszego wujka do Łazisk koło Rogowa. On nazywał się Jan Grzeczka. Był szwagrem mojej mamy, Katarzyny Brzykcy. Irka tam z nami jeździła, całe dnie tam spędzałyśmy. Gospodarstwo było duże, były zwierzęta. U nas, w Dużej Osadzie, tak nie było, choć też ładnie, bo my mieliśmy 4 morgi poletko, a Beckerowie 3 morgi. Było też trochę zwierząt. Za naszym domem był duży, piękny ogród z sadem i tam też spędzałyśmy czas w dzieciństwie. Rodzina Beckerów to byli wspaniali sąsiedzi. Pamiętam do dzisiaj, choć byłam przecież mała, ten mroźny dzień, chyba w grudniu 1939 r., a może to był początek 1940 roku (wysiedlanie żninian na masową skalę odbyło się w trzech transportach: 6 grudnia 1939 r. oraz 13 lutego i 10 sierpnia 1939 r. - przypis kg). Przyszli do nas niemieccy żołnierze czy jacyś policjanci i zostałyśmy wypędzone z rodzinnego domu: mama, ja i siostra, bo tato już wtedy nie żył. Ostatecznie trafiłyśmy poprzez obóz przesiedleńczy w Częstochowie do Czarnego Dunajca na Podhalu. Pamiętam dzień tego wypędzenia i pana Gustawa Beckera, który płakał za nami i pocieszał nas mówiąc, że wszystko będzie dobrze i powtarzał „Hitler Kaput“. Dopiero po wojnie wróciłyśmy do Żnina. Oczywiście ani starszych Beckerów, ani Irki tutaj już nie było. Nie znałyśmy wtedy ich losów. Wkrótce moja siostra zmarła. Co ciekawe, pamiętam, zaraz po wojnie mieszkał u nas jakiś młody chłopak - Mulat. Kto wie, czy to nie był pierwszy ciemnoskóry człowiek w naszym Żninie. On miał jakieś pokrewieństwo z nami. Rodzina chyba nie chciała go uznać, ale moja mama na jakiś czas go przygarnęła. Później zniknął z naszego domu, ale nie wiem, ani jak miał na imię, ani co się z nim stało. Ja wtedy dużo czasu znów spędzałam w Łaziskach u wuja. Niedługo później zaś wyjechałam do szkoły z internatem pod Poznaniem. Mama w tym czasie najczęściej musiała być sama w domu. Poza mną już nikogo nie miała. Nie wiedziałam też, jaki był los Beckerów. Niesamowicie się zdziwiłam, gdy któregoś dnia zjawiłam się w domu, a tam u mamy była Irka Beckerowa. Moja mama pozwoliła jej zamieszkać u siebie w pokoju. Ze względu na odgórne przydziały mieszkaniowe my mieliśmy w naszym domu tylko jeden pokój - opowiada Maria Mazana.

Zdjęcie Ireny Kroczyk (wtedy Becker), które podarowała ona z dedykacją swojej przyjaciółce Marii Mazanej fot. archiwum Marii Mazanej
Zdjęcie Ireny Kroczyk (wtedy Becker), które podarowała ona z dedykacją swojej przyjaciółce Marii Mazanej fot. archiwum Marii Mazanej

     DWA KOŚCIOŁY
     To był już początek lat pięćdziesiątych, tymczasem Irena Kroczyk wraca wspomnieniami do lat trzydziestych w Dużej Osadzie i w Żninie. Jeśli chodzi o życie parafialne, to Irena Kroczyk ma w pamięci osobę pastora, ale nie pamięta jego imienia. Chodzi tutaj o pastora przedwojennego, bo w czasie wojny ów pastor został powołany do Wehrmachtu i pojechał na front. Do Żnina przyjeżdżał wtedy z posługą duszpasterską dla niemieckich ewangelików pastor z Jabłówka. Jego nazwiska też Irena Kroczyk nie pamięta.
     Wspomniany Sławomir Kamosiński w rozdziale monografii Żnina podaje, iż z informacji z Pałuczanina wynika, że od 1928 r. pastorem w Żninie był Rudolf Agricola. Jednak ze względu na zły stan zdrowia w obowiązkach duszpasterskich wśród społeczności ewangelickiej zastępował go dojeżdżający do Żnina z Szubina pastor Mensc. Czy to on mógł być powołany do Wehrmachtu, tego Irena Kroczyk nie jest w stanie potwierdzić.
     Zdarzało się, że młoda Irka Becker - jak sama wspomina - rano chodziła z rodziną do kościoła ewangelickiego do Żnina na ul. Śniadeckich, a kilka godzin później z koleżankami do kościoła św. Floriana, na mszę św. w obrządku katolickim.
     Przed wybuchem wojny Gustaw August Becker - brat bliźniak Marii Luisy - jako polski obywatel został zmobilizowany. Trafił z jednostką do Bydgoszczy. Na początku września 1939 r. otrzymał ostrzeżenie od oficera, żeby uciekał dokąd ma możliwość, ale nie do żony, nie do rodziny. - „Gustaw, musisz uciekać, bo my mamy rozkaz dziś w nocy wszystkich Niemców rozstrzelać“ - ostrzegał ten oficer. To była słynna „krwawa niedziela“ w Bydgoszczy, za którą później hitlerowcy mścili się na Polakach. Wujek uciekł, a wkrótce złapali go Niemcy. Nie był narodowości polskiej, więc go szybko uwolnili. Niedługo później został wcielony do Wehrmachtu. Zginął pod Charkowem w 1942 r. Z kolei młodszy brat mojej mamy, Otto, nie był wcielony do polskiego wojska, bo uciekł. Później został wcielony do Wehrmachtu i wiem, że walczył we Francji. Po wojnie odnalazł się w Niemczech. Jego żona, a moja ciocia Erna, miała rodzinę w Buszkowie. Pochodziła z bogatego gospodarstwa. We wrześniu 1939 r. my z babcią i dziadkiem uciekaliśmy ze Żnina, podobnie jak Polacy. Do mojego dziadka, który kiedyś pracował w cukrowni, przychodzili różni znajomi.
     Niektórzy byli w tej obronie cywilnej i oni mówili: „Słuchaj Becker, my was znamy i nic wam nie zrobimy, ale mogą przyjść żołnierze polscy z innych rejonów i wtedy możecie być w niebezpieczeństwie, bo jesteście Niemcami, a oni nie będą was znali“. Dlatego uciekliśmy. Dotarliśmy tylko właśnie do tej rodziny w Jabłówku. Pamiętam, jak płonęły stogi i też zboże, bo nakazywano spalić świeży plon po żniwach, by nie był zaopatrzeniem dla armii niemieckiej. Ponieważ Niemcy zajmowali cały kraj, już nie było po co uciekać. Po kilku dniach wróciliśmy do Żnina. Most na Gąsawce przy ul. Kościelnej, czyli teraz na 700-lecia, był zburzony. Jeszcze w tym samym roku Niemcy zrobili jakieś prowizoryczne przejście przez rzekę, a wkrótce odbudowano ten most.
     My wróciliśmy do Dużej Osady. Okazało się, że dom został nietknięty. W przeciwieństwie do innych. Niektórzy zabijali okna i drzwi, by nikt nie plądrował ich domów, gdy oni uciekają. A dziadek kazał zostawić wszystko, jak było i nawet drzwi na klucz nie zamknęliśmy. Jak się okazało, to właśnie tam, gdzie drzwi i okna były zabite, doszło do wyrywania desek przez złodziei i  do plądrowania. U nas wszystko wyglądało, jakby zaraz mieli przyjść domownicy i nikt niczego tutaj nie plądrował. Wkrótce Niemcy zaczęli wypędzać naszych sąsiadów - Polaków - wspomina Irena Kroczyk.
     W czasie okupacji na miejsce wypędzonych Polaków do Żnina zostało sprowadzonych wielu Niemców. Większość z nich przyjechała z Łotwy. Obywateli niemieckich, którzy w Żninie zamieszkali w czasie okupacji, było zdecydowanie więcej niż ich rodaków mieszkających tutaj już przed wybuchem wojny. Ci ostatni - wśród nich więc także Beckerowie z Dużej Osady - zostali zweryfikowani pod kątem rasowym i politycznym. Sprawdzano, czy w ich rodzinie do trzech pokoleń wstecz nie było osób pochodzenia żydowskiego lub niearyjskiego. Pisze o tym na podstawie Akt Miasta Żnina Tadeusz Janicki w rozdziale Żnin pod niemiecką okupacją 1939-1945 we wspomnianej monografii Żnin: 750 lat dziejów miasta, tom II.

Maria Luisa Becker w obozie przesiedleńczym w Danii, 1947 rok fot. archiwum Ireny Kroczyk
Maria Luisa Becker w obozie przesiedleńczym w Danii, 1947 rok fot. archiwum Ireny Kroczyk

     BIOGRAFIA ADOLFA HITLERA
     Polska szkoła została przez okupantów oczywiście zamknięta, a w jej murach (obecnie Zespół Publicznych Szkół nr 1 w Żninie) zorganizowana została niemiecka placówka oświatowa. Irena Becker również zaczęła uczęszczać do tej szkoły.
     - W szkole działała Bund Deutscher Jugend. Takie Stowarzyszenie Niemieckiej Młodzieży. Był obowiązek do tego należeć i ja też należałam. To były zajęcia dla chłopców i dziewczynek. Przede wszystkim dużo gimnastyki i musieliśmy się uczyć biografii Adolfa Hitlera, znać najważniejsze daty z jego życiorysu. Nie pamiętam żadnych wierszyków czy innych tekstów o wodzu III Rzeszy, ale uczyliśmy się i śpiewaliśmy piosenki wielbiące naród niemiecki i Hitlera. Ja tego nie pamiętam, wyparłam później te teksty z pamięci. Mieliśmy coś w rodzaju mundurków. My, dziewczynki miałyśmy białe bluzki i czarne spódnice. Gdzieś w szpargałach miałam moje zdjęcie w tym mundurku, ale nie odnalazłam go na potrzeby tej opowieści. My wtedy chodziliśmy na łąki, gdzie była też gimnastyka. Była też nauka tańca. Ogólnie to był nacisk na wychowanie fizyczne i na wiedzę o Hitlerze. Natomiast w sprawy wojny i wojskowości nas jeszcze nie wprowadzano. Byliśmy za młodzi. Nauczycieli w tej szkole nie pamiętam. Jedynie przypominam sobie takie nazwisko Dörn.
     On był kierownikiem czy dyrektorem w tej szkole. Pamiętam też taką przygodę, gdy którejś zimy poszliśmy wracając ze szkoły na Małe Jezioro i ślizgaliśmy się przy brzegu na lodzie. Ja wtedy wpadłam do wody. Nic mi się nie stało, ale te dzieci uciekły. Powiedziały nauczycielce, że ja wpadłam do wody i ona przyszła i mi pomagała; suszyłyśmy ubranie. Jeśli chodzi o życie codzienne, to niewiele pamiętam, bo czas spędzało się w szkole, a po południu byłam poza Żninem, w Dużej Osadzie, więc niewiele wiem, co się w mieście działo. Nie znałam też tych ludzi, oni przyjechali z zewnątrz. Pamiętam, jak z tym stowarzyszeniem młodzieży niemieckiej byłam ustawiona w szeregu podczas wizyty gauleitera z Poznania w cukrowni w Żninie. To był ich ważny magazyn. My tam staliśmy, bo to była jakaś uroczystość i kazali nam tam być, żeby było to z większą pompą. Pamiętam też, że był obowiązek wywieszenia w domu portretu fuhrera, ale u nas dziadek nie kazał tego portretu wywieszać. Pamiętam również takiego niemieckiego policjanta Mateborsky`ego. Wzbudzał strach, także w nas - dzieciach niemieckich. Nie byłam jednak świadkiem tego, jak traktował Polaków. Natomiast słyszałam, bo do dziadka przychodzili znajomi, że za probostwem na Małej Osadzie Niemcy dokonali rozstrzeliwań. Myśleliśmy, że to chodziło o Żydów, bo tam też był cmentarz żydowski w sąsiedztwie. Pamiętam jeszcze z tej szkoły dziewczynkę o nazwisku Gizela Koch. Ona cierpiała na padaczkę. Mieszkała na placu Działowym. Była też w szkole taka Anna Marie Ochlast. Ona miała brata, który cierpiał na wodogłowie. Teraz, gdy już wiem, że hitlerowcy też mordowali osoby niepełnosprawne, to zastanawiam się, czy oni tę wojnę przeżyli. Oczywiście raczej nigdy się tego nie dowiem - opowiada Irena Kroczyk. Wyjaśnijmy, że w opowiadaniu o egzekucjach za probostwem w Małej Osadzie w rzeczywistości chodziło najprawdopodobniej o rozstrzelania byłych powstańców wielkopolskich z okolic Szubina.
     W archiwum Miejskiej i Powiatowej Biblioteki w Żninie znajdują się zdjęcia z pobytu Arthura Greisera, gauleitera Kraju Warty w Żninie. Zostały jednak zrobione na rynku. Zdjęć w cukrowni, o ile były robione, nie znaleźliśmy. Innym, dość znanym zdjęciem z okupowanego Żnina, jest fotografia niemieckiego Domu Kultury (w budynku tym później funkcjonowało kino Pałuczanin).
     - To był budynek, który przed wojną wybudował Kościół. W czasie wojny Niemcy wykończyli budynek i zorganizowali tam Dom Kultury. Na dole była sala kinowa i była też restauracja. Pamiętam, że jako Niemcy mogliśmy tam wchodzić, w przeciwieństwie do Polaków.
     Byłam tam na lodach, a do kina chodziłam na niemieckie filmy na podstawie bajek braci Grimm, które bardzo mi się podobały. U góry nad restauracją były jakieś biura pewnie, może mieszkania i chyba kuchnia, bo pamiętam, że do sali restauracyjnej posiłki zjeżdżały windą - opowiada Irena Kroczyk.
     Społeczność niemiecka miała zakaz kontaktów z Polakami, ale - jak wspomina Irena Kroczyk - jej dziadek o to nie dbał i przychodzili do niego Polacy, choć nie robili tego tak jawnie. Przychodzili przede wszystkim dawni znajomi z cukrowni, o ile nie zostali wysiedleni przez okupantów ze Żnina. Dziadek pani Ireny zmarł w 1944 r. Ona z babcią Bertą pozostawały w Dużej Osadzie.

W latach siedemdziesiątych córkę Irenę w Żninie odwiedziła Maria Luisa. Zdjęcie wykonane w ogrodzie państwa Mazanych na ul. Aliantów. Od lewej: Roman Mazany, Katarzyna Brzykca - matka chrzestna Ireny Kroczyk, Maria Luisa opierająca dłonie na barkach swojej córki Ireny Kroczyk, Maria Mazana - przyjaciółka Irki Becker z dzieciństwa - na ręku trzyma syna Piotra. Po prawej stoją Ludomira i Karol, starsze dzieci państwa Mazanych. fot. z archiwum Marii Mazanej
W latach siedemdziesiątych córkę Irenę w Żninie odwiedziła Maria Luisa. Zdjęcie wykonane w ogrodzie państwa Mazanych na ul. Aliantów. Od lewej: Roman Mazany, Katarzyna Brzykca - matka chrzestna Ireny Kroczyk, Maria Luisa opierająca dłonie na barkach swojej córki Ireny Kroczyk, Maria Mazana - przyjaciółka Irki Becker z dzieciństwa - na ręku trzyma syna Piotra. Po prawej stoją Ludomira i Karol, starsze dzieci państwa Mazanych. fot. z archiwum Marii Mazanej

     UCIECZKA
     Była druga połowa stycznia 1945 r. Panowały siarczyste mrozy. Było minus 20 stopni Celsjusza. Dzieci niemieckie cały czas uczęszczały do szkoły i na pozór życie toczyło się w tej społeczności zwykłym torem. Ale do Niemców docierały informacje o zbliżającej się Armii Czerwonej.
     - To było 19, albo 20 stycznia. Ja byłam w szkole. Zajęcia odbywały się do końca. Babcia rano była w mieście w sklepie. Gdy się z nią później zobaczyłam w domu, to była mocno wystraszona. Mówiła, że urzędy, sklepy już zamykają i Niemcy uciekają samochodami i pociągami ze Żnina. Przyjechał do nas wozem ojciec cioci Erny i kazał się pakować. Z nim pojechałyśmy najpierw do Buszkowa. Tam już cały tabor uciekających Niemców się zgromadził. Ruszyliśmy w kilka wozów na zachód. Tymi furmankami powozili Polacy, którzy byli parobkami w gospodarstwie ojca ciotki Erny: Stefan Trela, Paweł Fojutowski i Marian Wierzba. Korowód uciekających był coraz dłuższy. Nie byłam na tym samym wozie, którym jechała babcia. Ona była na wozie, którym powoził Marian Wierzba. Były też w tym kondukcie uchodźców samochody. Uciekaliśmy gdzieś w kierunku Kcyni. Dotarliśmy już pod Margonin, gdy dogonił nas jakiś oddział radziecki. Rosjanie wypytywali Polaków, którzy służyli u Niemców. Jeśli ktoś z Niemców był dla swoich pracowników w czasie wojny czy w ogóle dla Polaków niedobry, to nie mógł liczyć na wstawiennictwo swojego parobka. Widziałam, jak ci Rosjanie wyciągają z całego taboru różne osoby, zabierają je kilkanaście metrów w pole i tam wykonują egzekucję. Kolejne trupy tych Niemców ścieliły się na śniegu. Widziałam również, jak przed nami w taborze była taka kobieta, odziana w drogie futro, młoda i z dumną postawą. Rosjanie zabierali Niemcom kosztowności. Ona nie chciała oddać chyba pierścionka. Zamiast tego z poły swojego futra wyciągnęła pistolet i zastrzeliła tego żołnierza rosyjskiego. Sekundę później sama już nie żyła, bo drugi czerwonoarmista oddał strzał do niej. Podczas tej ucieczki znalazłam się gdzieś na koniec w piwnicy jakiegoś majątku pod Margoninem. Tam byli stłoczeni inni ludzie z tej ucieczki. Było bardzo zimno. Mnie tam poznał Paweł Fojutowski i zabrał do domu. W jakimś urzędzie administracji gminy w Chomętowie, który zorganizowali chyba Rosjanie, byłam pytana o dokumenty. Żadnych nie miałam. Nie wiedziałam, czy komuś z rodziny udało się uciec. O mamie też nic nie wiedziałam, bo ona uciekała razem z pocztą w Łabiszynie. W podobnej do mojej sytuacji byli też dwaj chłopcy, którzy zgubili się podczas tej ucieczki. Gustaw Kakuschke miał 10 lat, a Horst Guze był trochę od niego starszy. Ja miałam 14 lat. Zostaliśmy formalnie więźniami zakładu karnego, ale przydzielono nas jako parobków do gospodarstwa Pawła Fojutowskiego. Tam bowiem brakowało rąk do pracy. Później ci chłopcy przez Czerwony Krzyż odnaleźli swoje rodziny. W ten sposób mogli udokumentować swą tożsamość i być odesłanymi do swoich. Ja żadnych papierów nie miałam. Pracowałam w gospodarstwie. Było ciężko, ale gospodarz traktował mnie dobrze - wspomina Irena Kroczyk.
     Do obrobienia było 60 mórg pola. W gospodarstwie hodowane były krowy i świnie. W pracach polowych pomagał jeden koń. Później gospodarz pozyskał drugiego konia w ramach pomocy z UNRRA.

Stoją od lewej: Berta Becker - babcia, Maria Luisa Becker - mama, Gustaw August Becker - dziadek, ciocia Gertruda Bayer-Szczepankiewicz oraz Olga ze swoim mężem Gustawem Augustem Beckerem (brat bliźniak Marii Luisy). Na dole Irka Becker - nasza rozmówczyni Irena Kroczyk oraz syn niemieckiego dziedzica na Żurawi. Olga, czyli żona wujka Gustawa pracowała jako kucharka w tym majątku, stąd obecność młodego dziedzica na jej ślubie. Zdjęcie bowiem wykonane zostało w 1938 r. w Kcyni, właśnie po tej uroczystości. fot. z archiwum Ireny Kroczyk
Stoją od lewej: Berta Becker - babcia, Maria Luisa Becker - mama, Gustaw August Becker - dziadek, ciocia Gertruda Bayer-Szczepankiewicz oraz Olga ze swoim mężem Gustawem Augustem Beckerem (brat bliźniak Marii Luisy). Na dole Irka Becker - nasza rozmówczyni Irena Kroczyk oraz syn niemieckiego dziedzica na Żurawi. Olga, czyli żona wujka Gustawa pracowała jako kucharka w tym majątku, stąd obecność młodego dziedzica na jej ślubie. Zdjęcie bowiem wykonane zostało w 1938 r. w Kcyni, właśnie po tej uroczystości. fot. z archiwum Ireny Kroczyk

     POSZUKIWANIE RODZINY
     Nie było dnia podczas wykonywania obowiązków w polu i zagrodzie w Jabłowie Pałuckim, by nie myślała o rodzinie. Pamiętała też jednak o swoich zaprzyjaźnionych sąsiadach sprzed wojny w Dużej Osadzie. Liczyła na to, że jeśli babcia czy mama, albo chociaż ciotka przeżyły, to będą próbowały skontaktować się z przedwojennymi sąsiadami. Irena Becker miała nadzieję, że Katarzyna Brzykca, a także jej córki przeżyły wojnę i wróciły do swego domu na Pałukach. Na razie jednak nie było sposobu, by się o tym przekonać.
     - Pierwsza po wojnie próbowała znaleźć mój ślad przez Czerwony Krzyż babcia Berta. Moja mama w tym czasie była jeszcze w Danii. Znalazła się tam, bo jak w styczniu 1945 r. uciekała z pracownikami poczty w Łabiszynie, to z Zachodu do Niemiec wkraczali Amerykanie. Tak jak z tej strony nas straszono Armią Czerwoną i jej okrucieństwem, tak z drugiej z kolei ostrzegano przed Murzynami w armii amerykańskiej. Taka była niemiecka propaganda i takie też ludzie obawy między sobą w rozmowach wyrażali. Gdy ci pocztowcy z Łabiszyna autobusem dotarli do Niemiec, to tam były bombardowania alianckich samolotów, a od zachodu zbliżali się Amerykanie. Pocztowców i innych uchodźców załadowano na statek, który zabrał ich do Danii. Przez pewien czas mama była w takim obozie dla tych uchodźców, a później stopniowo ich wszystkich wydalali, i tych, którzy przeszli weryfikację, wydalali z powrotem do Niemiec - tyle dowiedziała się Irena Kroczyk o losach matki po wojnie.
     Maria Luisa trafiła do Barsinghausen niedaleko Hanoweru. Było to w angielskiej strefie okupacyjnej. Później osiadła tam też babcia Ireny Kroczyk. Otóż Berta Becker z grupką uchodźców, którą prowadził parobek Marian Wierzba, właśnie dzięki niemu zdołała uciec przez pola pod Margoninem przed żołnierzami radzieckimi. Później dotarli do Niemiec. Irena Kroczyk po latach dowiedziała się, że Wierzba został na Zachodzie. Tyle, że z Europy wyjechał z wojskiem amerykańskim do Kanady.
     Berta Becker nie wiedziała, czy jej wnuczce udało się w styczniu 1945 r. przedostać do Niemiec. Raczej w to wątpiła, bo nie uzyskała żadnej wiadomości z Czerwonego Krzyża. Natomiast właśnie za pośrednictwem tej instytucji wysłała list do Dużej Osady, na adres przedwojennych sąsiadów, do pani Brzykcy. Liczyła, że ich rodzina wróciła z wypędzenia do swego przedwojennego domu i być może coś wiedzą o losach Irki.
     - Po powrocie z Danii do Barsinghausen zresztą moja mama też napisała do pani Brzykcy. Ja raz byłam tutaj w mieście. Tamten gospodarz, u którego pracowałam, Paweł Fojutowski to przysłał mnie do Żnina, bo ziaren mu zabrakło i potrzebował na gospodarstwie. Mówił mi, żebym nie szukała znajomych, tylko kupiła ziarno i zaraz wracała do Jabłowa. Dał mi swój rower, bym to załatwiła i miała jak przywieźć ziarno ze Żnina. Nie posłuchałam gospodarza, tylko korzystając z tego, że szybko załatwiłam sprawę, którą miałam załatwić, pojechałam do Dużej Osady, czyli na ul. Aliantów. Gdy prowadziłam pod górkę na Aliantów rower, to szła jakaś pani. Było to na wysokości tych czerwonych budynków pocztowych. Ja jej w tym pośpiechu i w tych nerwach nie poznałam. A ona patrzy na mnie i pyta się. „Słuchaj, czy ty nie jesteś czasem Irka od Beckerów?“ Ja przytakuję, a ta pani: „no i nie poznajesz mnie? Ja jestem Frąszczakowa“. Wtedy sobie przypomniałam. Przecież przed wojną też z jej córką się kolegowałam, a Frąszczakowie pracowali też wtedy u nas na polu. Ja panią Frąszczakową zapomniałam przez kilka lat, bo jej rodzina w czasie okupacji też była wypędzona ze Żnina. Gdy sobie ją skojarzyłam, ona od razu mi powiedziała, że do pani Brzykcy moja mama pisała, bo ona nie wie, co się z nami stało. Nie miała informacji ani o mnie, ani o swojej mamie. Dopiero później dowiedziała się, że babcia Berta żyje i zamieszkały w Barsinghausen. Ja zaraz po rozmowie z panią Frąszczakową puściłam się pędem do państwa Brzykcych do domu i tam dostałam adres mojej mamy w obozie w Danii, bo wtedy tam jeszcze ona była i stamtąd pisała - opowiada Irena Kroczyk.
     Dziewczyna zaraz po powrocie do Jabłowa napisała list do mamy: po niemiecku. Z babcią również korespondowała po niemiecku. Niestety listy te nie zachowały się.
     Później odnalazła Irenę Becker jej ciocia - Gertruda Szczepankiewicz. Była to córka Berty Becker z pierwszego małżeństwa. Gertruda Bayer jeszcze przed wojną wyprowadziła się do męża do Strzelna.
     - Oni nie mieli swoich dzieci i jeszcze w latach trzydziestych dużo czasu ze mną ciocia spędzała. Ja już wtedy jeździłam do nich do Strzelna do domu. Ponieważ wujek był rodowitym Polakiem, oni też mieli polskie książki. Mówić po polsku umiałam od razu - na równi z tym niemieckim slangiem to był mój pierwszy język. Ale nie potrafiłam po polsku czytać i pisać. Pamiętam, że czytać uczyłam się właśnie u cioci Gertrudy w Strzelnie z książki „Obrona Częstochowy“. Wróćmy jednak do czasów po wojnie. Otóż bardzo tęskniłam za swoją ukochaną ciocią. Byłam sama, nie miałam nikogo z rodziny. Któregoś razu mój gospodarz w Jabłowie udzielił mi urlopu, ponieważ miałam chorą rękę. To był zresztą rezultat odmrożeń, których doznałam w styczniu 1945 r. podczas ucieczki przed Armią Czerwoną - kontynuuje swą opowieść Irena Kroczyk.
     Dziewczyna wykorzystała urlop w gospodarstwie i pojechała rowerem do Strzelna. Dowiedziała się tam od dawnych sąsiadów państwa Szczepankiewiczów, że jej ciocia jest teraz w Bydgoszczy, gdzie została zatrudniona jako pomoc domowa u jakiejś rodziny.
     Był już początek lat pięćdziesiątych. Irena Becker nadal formalnie była więźniarką Zakładu Karnego w Potulicach, przydzieloną do pracy w gospodarstwie Pawła Fojutowskiego w Jabłowie. - Byłam może raczej takim jeńcem, człowiekiem bez obywatelstwa i o tożsamości niemieckiej, choć w rzeczywistości nie czułam się ani Niemką, ani Polką, a raczej i jedną, i drugą. A najbardziej czułam się dziewczyną stąd. Tak czy inaczej nie miałam od 1945 r. żadnych papierów, aktu urodzenia, dokumentów tożsamości. Wszystko przepadło podczas ucieczki w styczniu 1945 r. - mówi Irena Kroczyk.
     POLSKIE OBYWATELSTWO I KATOLICKI CHRZEST
     Dopiero w 1952 r. otrzymała pismo z Zakładu Karnego w Potulicach informujące o zwolnieniu z odbywania kary. Otrzymała też polskie obywatelstwo. Teraz, gdyby Paweł Fojutowski chciał nadal zatrudniać Irenę Kroczyk, to musiałby jej płacić. - Nawet bym się przydała w tym gospodarstwie. Miałam dopiero 21 lat i wiedziałam już, że wciąż mam rodzinę. Pani Brzykca też mnie traktowała jak córkę. Ja byłam dość schorowana po przejściach zimą 1945 r. Problemy z rękami, nogami co jakiś czas wracały, a praca na roli była ciężka. Postanowiłam skorzystać z możliwości, którą dawała mi pani Brzykca i zamieszkałam u niej - opowiada Irena Kroczyk.
     Jesienią 1952 r. mieszkała już w Żninie u Katarzyny Brzykcej. Wtedy to niespodziewanie do jej drzwi zapukała ciocia Gertruda ze Strzelna, o której Irka wcześniej dowiedziała się, że trafiła do Bydgoszczy. Ciocia dowiedziała się, będąc w Strzelnie, że szukała jej jakaś blondynka. - „No jeśli blondynka, to musiała być Irka“ - pomyślała sobie ciocia i przyjechała do Żnina do państwa Brzykcych, których pamiętała jako przedwojennych sąsiadów. Myślała, że dowie się od pani Brzykcej, gdzie mnie szukać, a okazało się, że ja już tam mieszkam. Teraz miałam już rodzinę, miałam z kim spędzić święta. Często też jeździłam przez całe życie do cioci do Bydgoszczy - wspomina Irena Kroczyk.
     Po powrocie do Żnina dziewczyna została ochrzczona w obrządku katolickim w kościele św. Floriana. Miała 21 lat. Rodzicami chrzestnymi zostali: Katarzyna Brzykca, u której Irena znalazła schronienie oraz Jan Grzeczka z Łazisk, u którego późniejsza chrześniaczka bywała przed wojną wraz z siostrami: Marią i Leonardą Brzykcymi.
     Irena Becker wkrótce zamieszkała na poddaszu liceum w Żninie i zaczęła pracę w przedszkolu, które zlokalizowane zostało w baraku po obozie pracy z czasów wojny (jeszcze niedawno w tym baraku znajdowała się siedziba dawnej spółki PGM w Żninie, po przeniesieniu konstrukcji na ul. Mickiewicza). Przedszkole znajdowało się w sąsiedztwie liceum, u wejścia do parku od ul. Sienkiewicza.
     Podczas pracy w przedszkolnej kuchni Irena Becker poznała swojego przyszłego męża. Franciszek Kroczyk ze Żnina (ur. 1933) miał 13 lat młodszą od siebie siostrę, która w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych chodziła do przedszkola. On często odbierał ją po zajęciach i przy tej okazji poznał Irenę Becker. Wkrótce zostali parą, a w 1957 r. wzięli ślub. Młodzi zamieszkali z teściami pani Ireny.

Chrzciny Ireny Becker, obecnie Kroczyk. Odbyły się w kościele pw. św. Floriana, gdy dziewczyna miała 21 lat. Na zdjęciu Irena Becker stoi ze swoimi rodzicami chrzestnymi, Katarzyną Brzykcą i Janem Grzeczką z Łazisk. fot. z archiwum Marii Mazanej
Chrzciny Ireny Becker, obecnie Kroczyk. Odbyły się w kościele pw. św. Floriana, gdy dziewczyna miała 21 lat. Na zdjęciu Irena Becker stoi ze swoimi rodzicami chrzestnymi, Katarzyną Brzykcą i Janem Grzeczką z Łazisk. fot. z archiwum Marii Mazanej

     SPOTKANIE Z MAMĄ PO 27 LATACH
     W Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej trudno było otrzymać paszport i wizę potrzebne do wyjazdu z kraju, zwłaszcza za Żelazną Kurtynę. Tymczasem babcia i mama Ireny Kroczyk jako mieszkanki strefy okupacyjnej angielskiej w Niemczech stały się ostatecznie obywatelkami Republiki Federalnej Niemiec, czyli kraju będącego w innym obozie politycznym niż Polska. Dlatego mimo świadomości, że w Zachodnich Niemczech ma rodzinę, Irena Kroczyk nie miała przez kolejne lata możliwości spotkania się z nią.
     Gdy najstarsza córka państwa Kroczyków miała już 14 lat, wreszcie pojawiła się możliwość spotkania z Marią Luisą. Ta w Niemczech wyszła za mąż, za Niemca, który był powojennym uchodźcą ze Śląska. Maria Luisa miała również adres domu rodzinnego swej koleżanki z pracy na poczcie w Łabiszynie w czasie wojny. Otóż ta koleżanka pochodziła z Gaterslieben, położonego na terenie, które po podziale Niemiec znalazło się w państwie bloku socjalistycznego, czyli Niemieckiej Republice Demokratycznej. O ile mieszkańcy NRD nie mieli takiej możliwości, to już obywatele RFN mogli w tamtych latach na dowód osobisty wyjechać na kilkadziesiąt godzin do NRD, aby spotkać się ze swoją rodziną, jeśli takowa tam po podziale Niemiec została.
     Koleżanka Marii Luisy z lat czterdziestych w Łabiszynie zostawiła jej swój adres. Jakkolwiek władze gomułkowskiej Polski nie wydały Marii Kroczyk zgody na wyjazd do RFN, to kilka lat później, w 1972 r. pozwoliły pojechać do NRD.
     Korespondencyjnie dograne zostały szczegóły i termin spotkania Marii Luisy i jej córki ze Żnina w Gaterslieben u znajomej z łabiszyńskiej poczty. Irena Kroczyk dotarła tam wcześniej. Jej matka na podstawie dowodu osobistego miała być w NRD tylko dwa dni. Dotarła w piątek i zapukała do drzwi pod adresem swojej koleżanki z łabiszyńskich czasów. Drzwi otworzyła Irena Kroczyk. Ona była już tam kilka dni i czekała na mamę. Domownicy: dawna pracownica niemieckiej poczty w Łabiszynie oraz jej mąż byli poza domem. Tylko Irena Kroczyk została i czekała, bo nie było wiadomo, kiedy dokładnie przyjedzie jej matka.
     - Nie poznałam jej w pierwszej chwili. Nie widziałyśmy się 27 lat, a gdy się rozstawałyśmy, to ja miałam tyle lat, ile tamtego dnia w Gaterslieben miała moja córka, a wnuczka Marii Luisy, która też tam ze mną była, bo miała akurat wakacje po zakończeniu 8 klasy. Mamy nie poznałam nawet po głosie, ale ona od razu mnie poznała, krzyknęła „Iruś!“ i rzuciłyśmy się sobie w ramiona. Była tylko 2 dni i musiała wracać. Jednak po kilku latach udało jej się przyjechać do Polski. Zresztą była tutaj ze swoim mężem i nawet 2 razy, bo drugim razem na ślubie mojej najstarszej córki. Pierwszym razem, pamiętam, było lato. Chciała zobaczyć miejsca z lat jej młodości. Wtedy m.in. odwiedziłyśmy panią Brzykcę i państwa Mazanych - jej dzieci w domu na ul. Aliantów. Pojechałyśmy też do Łabiszyna, bo mama chciała zobaczyć i tamte miejsca. Podsumowując to wszystko stwierdziła, że nic się tutaj nie zmieniło przez te 30 lat, jak jej nie było. Ja również w połowie lat siedemdziesiątych odwiedziłam mamę w RFN. Dostałam bowiem wreszcie zgodę, choć pamiętam, że trzeba było przez notariuszy załatwiać tę zgodę i pisać oświadczenia o wzięciu odpowiedzialności karnej w przypadku, gdybym nie wróciła do kraju. Babci niestety już nie zobaczyłam, bo ona zmarła. W kolejnych latach, czy to ja, czy moje dzieci już nie mieliśmy problemu, by dostać paszport i jeździliśmy co pewien czas. Mama mieszkała na takim górniczym osiedlu przyłączonym do Barsinghausen. Moja mama teraz już też nie żyje. I ona, i babcia są pochowane w Niemczech. Jest jeszcze rodzina męża mojej mamy, ale teraz już raczej kontaktów nie utrzymujemy. Mama wyszła za mąż bowiem za wdowca z pięciorgiem dzieci. On uciekł w 1945 r. z Lwówka Śląskiego. Po polsku nie mówił ani słowa, a to dlatego, że Lwówek Śląski przed wojną był niemiecki i on nie miał kontaktów z Polakami. Początkowo mama chodziła do pracy do rolników, jednocześnie opiekując się tymi dziećmi, więc często zabierała je na pole. Później już tylko zajmowała się tymi dziećmi - opowiada Irena Kroczyk.
     NIE CHCIAŁA WYJECHAĆ
     Nasza rozmówczyni przyznaje, że już w momencie, gdy udało się nawiązać kontakt najpierw korespondencyjny z rodziną, mama i babcia namawiały ją, by przyjechała osiąść w Niemczech na stałe. - Ja jednak nie chciałam. Z listów od nich wiedziałam, że ci Niemcy, którzy przyjechali tam jako uchodźcy przed Armią Czerwoną z terenów polskich, nie są szanowani przez tubylców. Osiadli w granicach przedwojennej III Rzeszy Niemcy mieli wpojone przez propagandę nazistowską, że to m.in. z rzekomo naszego powodu - Niemców mieszkających przed 1939 r. w Polsce - wybuchła wojna, bo niby Hitler chciał nas ratować przed opresjami polskich władz. To oczywiście była bzdura, bo my w Żninie w latach trzydziestych mieliśmy swój kościół i swoją szkołę, a ci, którzy chcieli, mogli wracać do Niemiec. Mój dziadek, Gustaw August Becker nie chciał. Tak czy inaczej po wojnie tamci miejscowi Niemcy nie lubili swoich rodaków - uchodźców z Prus, Wielkopolski czy Śląska, bo uważali, że to przez nich wybuchła wojna. Powiem panu, że nawet na małżeństwa z uchodźcami krzywo patrzyli. Weźmy moją mamę, choćby. Ona również mogła sobie znaleźć męża tylko wśród uchodźców i tak też było. Poza tym w tamtej kulturze każdy żyje sobie swoim życiem, a nie razem, ja u nas było, że można było liczyć zawsze na sąsiadów. Tam, jak przed kimś stanął problem, to ten ktoś sam musiał sobie z nim radzić. A u nas sąsiedzi sąsiadom zawsze pomagali. Jak moja mama przyjechała po tylu latach z Niemiec w odwiedziny do mnie, to pamiętam, jak nawet wtedy przychodzili, pytali co u niej. Nawet smażone ryby sąsiad z naprzeciwka przyniósł. W Niemczech o takim geście, dla nas całkiem zwykłym, nigdy nikt by nawet nie pomyślał - wyjaśniała swoje motywy pozostania w Polsce Irena Kroczyk.
     Do dzisiaj fakt, że pozostała w Polsce, na Pałukach wykorzystują jeszcze żyjący poza granicami Polski niemieccy uchodźcy ze Żnina i okolic. Kontakty nawiązali albo przed kilkudziesięcioma laty za pośrednictwem niemieckiej rodziny Ireny Kroczek lub poprzez starszych mieszkańców Pałuk, którzy wskazywali panią Irenę odwiedzającym rodzinne strony jako osobę, która może pomóc w charakterze tłumaczki.
      - Jest ich oczywiście coraz mniej. W Żninie ja po wojnie poznałam jedną panią, która tak jak ja była z tutejszej niemieckiej mniejszości przedwojennej. Przed wojną jej nie znałam. Ona już nie żyje. Myślę, że zostałam tutaj na miejscu sama jedna z tych przedwojennych Niemców. A co do tych, którzy wyjechali, to do dzisiaj mam kontakt z panem Helmutem Schmidtem. On przed wojną mieszkał w Ustaszewie. Żyje w Kanadzie. Kilka lat temu był tutaj, w kraju swojego dzieciństwa. Spacerował po Ustaszewie, przypominał sobie drzewa i kamienie. Jeśli ci Niemcy czy ich rodziny piszą do rodzin swoich przedwojennych sąsiadów, to często są to listy i e-maile po niemiecku. Czasami ktoś przychodzi do mnie z prośbą, bym przetłumaczyła. Ale też przyznam, że sama coraz więcej słów po niemiecku zapominam, bo tak to jest, gdy nie używa się tego języka na co dzień - kończy swoją opowieść Irena Kroczyk.

 

     W tle opowieści Ireny Kroczyk pojawiają się echa krwawej niedzieli 3 i 4 września 1939 r. w Bydgoszczy. Jest to termin, który ukuła propaganda III Rzeszy dla uzasadnienia późniejszych mordów dokonanych na mieszkańcach Bydgoszczy. Zamordowany wtedy został m.in. wraz z synem ostatni przedwojenny prezydent Bydgoszczy Leon Barciszewski. W Dolinie Śmierci odbywały się masowe egzekucje Polaków - przeważnie mieszkańców Bydgoszczy i powiatu bydgoskiego. Źródłem terminu krwawa niedziela stał się fakt stłumienia przez polskie wojsko i straż obywatelską niemieckiej dywersji w mieście. Otóż w przedwojennej Bydgoszczy była liczna mniejszość niemiecka. Niemcy ci po najeździe wojsk hitlerowskich na Polskę prowadzili działalność dywersyjną (w praktyce prowadzili taką działalność już przed wojną). 3 września w Bydgoszczy został ostrzelany tłum Polaków uciekających przed zbliżającym się frontem, za czym stała właśnie dywersja czyniona przez V kolumnę w Bydgoszczy. W odpowiedzi wojsko polskie i straż obywatelska prowadziły akcję tłumienia dywersji. Później liczbę zabitych Niemców zwielokrotniła propaganda niemiecka.
     Paweł Kosiński, historyk Instytutu Pamięci Narodowej, na podstawie zachowanych dokumentów w USC, ksiąg parafialnych, nekrologów prasowych, akt miasta i ksiąg zgonów ustalił, że 3 i 4 września w mieście zginęło 365 osób. 33 nie zostały zidentyfikowane, 263 były zameldowane w Bydgoszczy, a pozostałe poza miastem. Wśród nich 254 było ewangelikami, a 86 katolikami. Biorąc pod uwagę panujące przed wojną stosunki wyznaniowe, można założyć, że większość zabitych ewangelików była Niemcami, a katolików - Polakami. Wśród ofiar byli też polscy żołnierze w liczbie 20, którzy zginęli 3 i 4 września w walkach z dywersją niemiecką.
     Po zajęciu Bydgoszczy mordy dokonane przez Niemców na Polakach przyniosły w ciągu 4 pierwszych miesięcy według szacunków historyków około 5 tys. ofiar. To połowa wszystkich ofiar, jakie poniosła Bydgoszcz podczas całej okupacji. (kg)

 

Karol Gapiński
Pałuki nr 1258 (12/2016)

 

Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry