Wyślij zdjęcie dziecka

Otwierasz ponownie sklep? Uruchamiasz na nowo usługi? Daj nam znać, poinformujemy o tym mieszkańców - Twoich klientów! Zadzwoń: 508-211-990

Znajdujesz się na starej wersji portalu palukitv.pl

Aktualne informacje znajdziesz na nowej stronie.

 
Znajdź nas na Facebooku

W szczytowym okresie stalinowskiego terroru w Polsce 19-letni Zygmunt Góralski rozpoczął pracę w strukturach aparatu bezpieczeństwa jako strażnik więzienny, by z czasem podjąć walkę o wolność swojego narodu, podminowując zbrodniczy system od środka. Aresztowany w wyniku donosu kolegi i osądzony w pokazowym procesie, został rozstrzelany za walkę o niepodległą Polskę i głoszenie prawdy o sprawcach zbrodni katyńskiej. Dziś marzeniem rodziny jest ekshumacja jego szczątków z odnalezionego w Poznaniu po 61 latach grobu i pochowanie ich wśród najbliższych na żnińskim cmentarzu. Istnieją duże szanse, że tak się właśnie stanie.

Zygmunt Góralski fot. archiwum rodziny Góralskich
Zygmunt Góralski fot. archiwum rodziny Góralskich

     Kiedy Zygmunt Góralski w 1950 roku zaangażował się w działalność podziemia niepodległościowego, walczącego z narzuconym Polsce systemem komunistycznym, na Pałukach konspiracyjne oddziały zostały praktycznie zlikwidowane przez aparat bezpieczeństwa, wspierany formacjami wojskowymi.
     Już od lata 1945 r. położenie grup partyzanckich w całym kraju, a zatem i na Pałukach, stawało się coraz trudniejsze, a taktyczną przewagę zaczęły zyskiwać komunistyczne władze, które od czerwca 1945 r. zapoczątkowały złagodzenie akcji przeciwko członkom podziemia, czego ukoronowaniem była amnestia uchwalona 22 lipca 1945 r. przez Krajową Radę Narodową.
     W okresie od czerwca do września 1945 r. rozwiązano i ujawniono wiele lokalnych oddziałów partyzanckich, co było zgodne z linią działania przyjętą przez poakowskie dowództwo z płk. Janem Rzepeckim na czele, który w zaistniałej w Polsce sytuacji politycznej nie widział możliwości zachowania wojskowej konspiracji, postulując przejście do rywalizacji politycznej. Pałuccy konspiratorzy, działający głównie w ramach niepodległościowej struktury Obwodu Pałuki 315, mieli możliwość ujawnienia swojej przynależności do poakowskiej organizacji od 25 października do 1 listopada 1945 roku. Większość z nich to uczyniła.
     Jednak zdaniem ówczesnego dyrektora Departamentu I Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego płk. Romana Romkowskiego, okazja do szerokiego rozpracowania podziemia została zmarnowana ze względu na brak należytych kompetencji w tym zakresie funkcjonariuszy UB w terenie. Pozwoliło to pozostać i kontynuować walkę, choć już w głębokim podziemiu, najbardziej niezłomnym, niepogodzonym z ustrojem, jaki zapanował w ich ojczyźnie po zakończeniu II wojny światowej. Wśród nich byli przede wszystkim partyzanci, mający za sobą konspiracyjne doświadczenie z okresu wojny. Włączali się jednak także młodsi, którzy osiągnęli wiek dorosłości dopiero po 1945 r. Wśród nich był Zygmunt Góralski, a jego zaangażowanie się w działalność konspiracyjną w roku 1950 tym bardziej zasługuje na uznanie, że właściwie w owym czasie była to już misja straceńcza, podejmowana w sytuacji, w której komuniści terrorem i przemocą praktycznie ugruntowali już swoją władzę, a ostateczna rozprawa z niepodległościowym podziemiem była tylko kwestią czasu.
     Duch walki o wolne państwo i wiara w zwycięstwo musiały jednak nie ustawać, skoro młodzi ludzie mający przed sobą całe życie w dalszym ciągu byli gotowi podejmować tak duże ryzyko, jak występowanie przeciwko nieznającej litości dla swoich wrogów dyktatorskiej władzy w Polsce, wspieranej w swoich zbrodniczych działaniach potęgą Związku Radzieckiego.

Uwagi zastępcy szefa Wydziału III WUBP w Poznaniu - por. Mikołajskiego z 19 grudnia 1950 r. - dotyczące działań wobec dalszego rozpracowania Pierwszego Plutonu Szturmowego AK Ziemi Wielkopolskiej z wykorzystaniem agenta „Leszka“. W punkcie trzecim wskazał najważniejsze zadanie śledztwa, a mianowicie ustalenie miejsca pobytu Zygmunta Góralskiego. fot. IPN Po 003/385/1

     W ŻYCIE Z HARCERSKIMI IDEAŁAMI
     Zygmunt Góralski urodził się w rodzinie robotniczej 10 kwietnia 1930 r. w Żninie jako drugie dziecko Antoniego i Pelagii (z domu Pawłowskiej). W roku 1927 na świat przyszedł jego starszy brat Bernard (zmarł w 1976 r.), a w 1934 r. młodszy Wacław, który mieszka do dnia dzisiejszego w rodzinnym Żninie. Przed wybuchem II wojny światowej mały Zygmunt zdążył ukończyć dwie klasy szkoły powszechnej w Żninie, w której przynależał do Związku Harcerstwa Polskiego, co zapewne nie było bez znaczenia, jeśli chodzi o jego późniejsze wybory.
     Po wkroczeniu wojsk niemieckich na ziemie polskie rodzina Góralskich, w przeciwieństwie do wielu innych żnińskich rodzin, uniknęła wysiedlenia na tereny Generalnego Gubernatorstwa, przebywając przez cały okres okupacji w stolicy Pałuk. Głowa rodziny Antoni Góralski został zmobilizowany do wojska, ale po klęsce armii polskiej w wojnie obronnej znalazł się w niewoli niemieckiej w Hannoverze. W znajdującym się pod okupacją niemiecką Żninie, mimo jeszcze dziecięcego wieku, Zygmunt Góralski zdobywał pierwsze kwalifikacje zawodowe. - Za Niemca uczył się na rymarza i po wojnie to kontynuował już u polskiego właściciela zakładu na ulicy Mickiewicza, ale mu się ten zawód niespecjalnie podobał - wspomina jego brat Wacław.
     Jednak było też wielu takich, dla których, mimo kapitulacji III Rzeszy, wojna się nie skończyła. Była to już jednak inna wojna - rozpoczęta aresztowaniami przez NKWD polskich oddziałów partyzanckich na Kresach - niewypowiedziana i nie przyjmowana oficjalnie do wiadomości przez aliantów z Zachodu. W jej wyniku okupacja niemiecka została zastąpiona sowiecką, co dla wielu żołnierzy walczących przez kilka lat o wolną Polskę z Niemcami było oczywistym powodem do kontynuowania walki. W związku z tym na terenie Wielkopolski, w tym i Pałuk, w ramach różnych organizacji zaczęły powstawać konspiracyjne struktury, których celem była walka polityczna i militarna z tworzącym się w Polsce komunistycznym systemem. Opór Wielkopolan nie był mały, o czym świadczy fakt, iż na przestrzeni lat 1945-1956 w Wielkopolsce działało 60 oddziałów partyzanckich i 109 organizacji antykomunistycznych.
     STRAŻNIK WIĘZIENNY ZAMIAST RYMARZA
     W konsekwencji Zygmunt Góralski nie zrobił kariery w zawodzie rymarskim. Do pracy trafił w zupełnie inne miejsce. - Nasza ciotka pracowała w Urzędzie Bezpieczeństwa w Żninie jako sprzątaczka i mu załatwiła pracę strażnika więziennego w Wągrowcu, bo do UB nie chciał wstępować - opowiada o okolicznościach znalezienia nowej pracy przez brata Wacław Góralski.
     Zygmunt Góralski, choć nie trafił do UB, siłą rzeczy wynikającą z ówczesnego systemu władzy, został wprzęgnięty do pracy w resorcie bezpieczeństwa. Otrzymał bowiem skierowanie do służby w więzieniu w Wągrowcu, a obszar więziennictwa podlegał bezpośrednio Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego, które było najważniejszym organem tworzącym aparat represji wobec społeczeństwa. Stanowisko strażnika więziennego objął w marcu 1949 r. Do Wągrowca przeprowadził się na stałe i zamieszkał na stancji przy ul. Dębińskiej 10. W Wągrowcu poznał dziewczynę. - Prawdopodobnie przez nią nawiązał kontakt z działaczami konspiracyjnymi i zaangażował się w walkę przeciwko ustrojowi komunistycznemu. O tej znajomości dowiedzieliśmy się po latach - mówi Wacław Góralski. Jak się okazało, w wyniku splotu różnych wydarzeń praca w wągrowieckim więzieniu miała zaważyć na dalszym życiu Zygmunta Góralskiego.
     DEZERCJA ZE SŁUŻBY WIĘZIENNEJ
     Rok po rozpoczęciu pracy w Wągrowcu, w marcu 1950 r. z Zygmuntem Góralskim nawiązał koleżeński kontakt Zygmunt Biskup, który był wówczas pracownikiem Urzędu Pocztowo-Telekomunikacyjnego w Wągrowcu. Z jego osobą wiąże się powstanie organizacji podziemnej Pierwszy Pluton Szturmowy Armii Krajowej Ziemi Wielkopolskiej, w kierunku czego podjął działania wiosną 1950 r. Jej celem miała być walka zbrojna z ustrojem komunistycznym.
     Podczas jednego z kolejnych spotkań dwóch Zygmuntów, którzy byli zresztą rówieśnikami, Biskup zaproponował Góralskiemu wstąpienie w szeregi tworzącej się organizacji. Przyczynkiem do rozmowy na ten temat było aresztowanie kolegów Biskupa i osadzenie ich w wągrowieckim więzieniu za nielegalne posiadanie broni. Byli to wówczas 19-letni Józef Antkowiak z Przysiecznej (pow. wągrowiecki) i 21-letni Romuald Broniecki z Glinna (pow. wągrowiecki). Góralski, jako strażnik więzienny, miał im jako potencjalnym członkom nielegalnie organizowanej grupy pomóc w ucieczce, do czego podczas spotkań Biskup go kilkakrotnie namawiał. Wtedy także przedstawiał Góralskiemu projekty powołania zbrojnego plutonu.
     Początkowo Zygmunt Góralski nie był zainteresowany, aby podjąć się tak ryzykownej akcji, jak pomoc w uwolnieniu więźniów. W swoim miejscu pracy też nie mógł się czuć zbyt pewnie. Prawdopodobnie z racji odmiennych od zwierzchników poglądów na ówczesną rzeczywistość, popadał z nimi w konflikty, za co był kilka razy karany dyscyplinarnie. Póki co, żadnych konkretnych działań nie zamierzał jednak podejmować, choć kontaktów z Biskupem nie zerwał. Z czasem Biskup, widząc wahającego się z ostateczną decyzją Góralskiego, zaczął coraz mocniej przekonywać kolegę do wstąpienia w szeregi organizacji i przygotowania planu ucieczki. Ostatecznie, prawdopodobnie także pod wpływem nie najlepszych stosunków w pracy, Góralski daje się przekonać Biskupowi do pomocy w uwolnieniu wspomnianych kolegów, co dla niego samego było jednoznaczne z dezercją ze służby więziennej.
     Ucieczka została zaplanowana przez kolegów na 17 czerwca 1950 r. W przypadku jej powodzenia, umówili się na spotkanie w lesie koło wsi Konary (pow. wągrowiecki). Zygmunt Góralski zadbał o wszystko w najmniejszych szczegółach. Może o tym świadczyć chociażby fakt, iż o swoich zamierzeniach poinformował zaufanego znajomego Józefa Reisa, mieszkającego we wsi Nowe (pow. wągrowiecki). W umówione miejsce miał on dostarczyć Góralskiemu cywilne ubranie, w którym łatwiej byłoby się ukrywać dezerterującemu ze służby działaczowi niepodległościowego podziemia.
     Jak się jednak okazało, cały plan obrócił się w niwecz, gdyż w wyznaczonym na ucieczkę dniu nie było sprzyjających warunków do uwolnienia więźniów i nie doszła ona do skutku. Góralski w realizacji planu ucieczki był jednak bardzo zdeterminowany i nie zamierzał rezygnować z podjętej już zapewne decyzji o dezercji. Przygotowania musiały być posunięte bardzo daleko, skoro zdecydował się zrealizować plan następnego dnia i to bez porozumienia z Biskupem. Tym bardziej, że 18 czerwca 1950 r. był dniem idealnie się do tego nadającym. Większość strażników więziennych z Wągrowca miała być bowiem wtedy poza terenem więzienia, gdyż brali udział w sportowym święcie. Można domniemywać, że w momencie planowania ucieczki na 17 czerwca 1950 r., co miało niewątpliwie miejsce z pewnym wyprzedzeniem, Góralski nic nie wiedział o tym sportowym wydarzeniu, skoro wybrał z Biskupem dzień je poprzedzający.
     Zygmunt Góralski 18 czerwca 1950 r. pełnił służbę na wieży obserwacyjnej. Gdy przed południem więźniowie zostali wypuszczeni na spacer, około 11:30 wykorzystał nadarzającą się okazję i spuścił drabinę, po której weszli Józef Antkowiak i Romuald Broniecki. Następnie wszyscy trzej wyskoczyli z wieży obserwacyjnej za mury więzienia i uciekli do lasu znajdującego się w pobliżu więzienia. Zabrali ze sobą pistolet automatyczny PPSz, pistolet TT i 15 sztuk amunicji. Góralski miał zabrać również broń służbową innych strażników, co według śledczych z UB miało być aktem zemsty na kierownictwie więzienia. Naraziło się ono bowiem przez czyn dezertera na poważne konsekwencje ze strony zwierzchników za brak odpowiedniego zabezpieczenia broni.
     Do umówionego spotkania Góralskiego z Biskupem nigdy nie doszło. Po pierwsze dlatego, że dezercja i ucieczka nastąpiły w innym dniu i bez porozumienia między nimi; nie znali zatem miejsca swojego pobytu. Po drugie Góralski był ścigany przez funkcjonariuszy UB i zapewne nie zamierzał ryzykować nawiązania kontaktu z Biskupem, aby nie narazić siebie i jego na aresztowanie. Nie kontaktował się też przez kilka tygodni z zamieszkałą w Żninie rodziną, aby nie narażać jej na niebezpieczeństwo, gdyż dom, jak i najbliżsi byli niewątpliwie pod stałą obserwacją funkcjonariuszy UB. Początkowo wszyscy trzej razem ukrywają się w lasach koło Żnina, z czasem się rozdzielają. Zygmunt Góralski pozostawia przy sobie pistolet TT, natomiast karabin zabierają jego towarzysze ucieczki.
     POWSTANIE  POAKOWSKIEGO ODDZIAŁU
     Wobec nieobecności Zygmunta Góralskiego, plany powołania tajnej organizacji antykomunistycznej starał się zrealizować Zygmunt Biskup. Udało mu się to 31 lipca 1950 r., kiedy odbyło się założycielskie spotkanie członków Pierwszego Plutonu Szturmowego Armii Krajowej Ziemi Wielkopolskiej. Kilka dni wcześniej dokonał sfałszowania podpisów pod przelewami pieniężnymi na kwotę 100.000 zł, które przejął. W konsekwencji tego wydarzenia, zdając sobie sprawę, że wkrótce się to wszystko wyda, 3 sierpnia 1950 r. Biskup podjął decyzję o porzuceniu pracy w Urzędzie Pocztowym w Wągrowcu, skąd podczas nocnej służby zabrał jednocześnie trzy karabiny i 60 sztuk amunicji.
     Kilka dni później, 6 sierpnia 1950 roku, doszło do kolejnego spotkania członków plutonu AK ZW podczas którego dowództwo nad organizacją przejął formalnie Zdzisław Zaleciński. Potwierdzeniem tego było przyjęcie przez niego od członków organizacji przysięgi na wierność. Słowa roty tej przysięgi brzmiały następująco: Przysięgamy na wierność pierwszego plutonu szturmowej armii wielkopolskiej, że będziemy walczyć przeciwko ustrojowi demokracji ludowej i komunizmu do ostatniej kropli krwi, tak nam dopomóż Bóg. Na tym spotkaniu nadano też członkom plutonu pseudonimy. W wydarzeniach tych siłą rzeczy nie mógł brać udziału Zygmunt Góralski, który musiał się ukrywać, zwłaszcza że UB wysłało za nim list gończy.
     PLUTON W AKCJI
     Powołany do życia oddział rozpoczął aktywną działalność konspiracyjną. Najbardziej spektakularną akcję przeprowadził 7 września 1950 roku, kiedy dokonał przejęcia z PGR Próchnowo (pow. chodzieski) kwoty 1.400.087 zł. Było to możliwe dzięki informacji pozyskanej przez Zdzisława Zalecińskiego ps. Ryś, który pracując w biurze wspomnianego PGR usłyszał rozmowę dotyczącą terminu przywiezienia pieniędzy, o czym następnie powiadomił kolegów z oddziału. Gotówka miała być przeznaczona na wypłaty dla pracowników. Kiedy kierownik PGR Próchnowo Ignacy Badura przywiózł wozem konnym pieniądze z PGR Strzelce i wszedł z nimi do biura, Zaleciński je opuścił i udał się na kolację do znajdującego się obok swojego mieszkania. Nie reagował na hałasy, które zapewne słyszał, gdy jego koledzy z oddziału z Zygmuntem Biskupem ps. Błyskawica na czele krzyczeli ręce do góry i zabierali pieniądze.
     Zachowanie Zalecińskiego wzbudziło podejrzenia u badających sprawę funkcjonariuszy UB z Wągrowca, dlatego następnego dnia trafił do aresztu na przesłuchanie. Z braku dowodów został wypuszczony, ale funkcjonariusze, podejrzewając go o kontakty z nielegalną bandą, wymusili na nim zgodę na dostarczenie informacji o oddziale, którym dowodził. Nadano mu pseudonim Rysiek, pod którym zarejestrowano go jako informatora.
     Zaleciński okazał się bardziej przebiegły od UB. Podczas jednego ze spotkań z funkcjonariuszami zaczął lawirować, zapewniając, że wszelkie informacje o grupie dostarczy 19 listopada 1950 r. Oczekiwany tego dnia o 19:00 nie stawił się na spotkanie z funkcjonariuszami UB, a z domu wyszedł rzekomo do kina. Jak się później okazało, już do niego nie wrócił, co dla UB było jednoznaczne z udaniem się do swojego oddziału, który ukrywał się w lasach na terenie powiatu chodzieskiego, w pobliżu Dziewoklucza i Dąbkowic.
     LIKWIDACJA ODDZIAŁU
     Po tym wydarzeniu Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Wągrowcu rozpoczął zakrojoną na szeroką skalę operację, mającą na celu likwidację konspiracyjnego oddziału. Grupą operacyjną prowadzącą tę sprawę dowodzili ppor. Ludwik Burzyński - zastępca szefa PUBP oraz chor. Tadeusz Bednarczyk - st. ref. w PUBP w Chodzieży. Celem likwidacji oddziału podjęła ona m.in. działania mające na celu werbunek grupy listonoszy, których zadaniem było inwigilowanie korespondencji rodzin podejrzanych o współpracę z bandytami. Jako informator miała też być pozyskana narzeczona Zalecińskiego, która w Próchnowie była przedszkolanką. Nad wiarygodnością przekazywanych przez nią informacji miał czuwać stróż nocny, który obserwowałby dom w Próchnowie, mając na uwadze ewentualne pojawienie się Zalecińskiego pod osłoną nocy.
     Zakonspirowała się grupa, zdając sobie sprawę z zagrożenia, postanawia na pewien czas się ukryć. W tym celu pod koniec listopada, widząc że UB jest na ich tropie, zbudowali bunkier w lesie koło Rybowa (pow. wągrowiecki).
     Tymczasem w wyniku podjętej przez UB akcji nastąpiły pierwsze zatrzymania i przesłuchania. Skutkiem tego 29 listopada 1950 r. z WUBP w Poznaniu wyszły wytyczne o zwerbowaniu informatora spośród ujawnionych operacyjnie członków nielegalnej organizacji, celem dotarcia do ukrywających się Zalecińskiego i Biskupa. Następnego dnia, czyli 30 listopada 1950 r., przez PUBP w Wągrowcu w charakterze agenta o pseudonimie Leszek został pozyskany Edmund M. Jego zadaniem było dostarczenie informacji o ukrywającym się kierownictwie plutonu. Co ciekawe, wcześniej uczestniczył on we wspomnianej akcji przejęcia przez pluton pieniędzy z PGR w Próchnowie.
     Agent Leszek spotkał się 1 grudnia 1950 r. z chorążym z Wydziału III WUBP w Poznaniu, od którego otrzymał zadanie ustalenia miejsca pobytu ukrywających się członków organizacji oraz ich siły zbrojnej. Jak się okazało, pozyskany agent był bardzo szybki i skuteczny, bo już 2 grudnia 1950 r. skontaktował się z funkcjonariuszem WUBP w Poznaniu i poinformował go o lokalizacji bunkra w lesie koło Rybowa. Przekazane przez niego informacje jeszcze tego samego dnia doprowadziły do ujawnienia ukrywających się i likwidacji poakowskiej organizacji.
     Członkowie grupy operacyjnej i żołnierze Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego w liczbie 48 osób podeszli pod bunkier na odległość 150 m,
po czym dowodzący akcją chor. Szagriński i ppor. Wierzba w asyście dwóch żołnierzy podczołgali się bliżej kryjówki. Szagriński rzucił w kierunku bunkra granat, na co ukrywający się odpowiedzieli strzałami z karabinów. Rzucony drugi granat spowodował zapalenie się bunkra, co zmusiło broniących się w nim do poddania się. Ukrywającymi się w tym miejscu byli Zdzisław Zaleciński ps. Ryś, Zygmunt Biskup ps. Błyskawica i Józef Kęsicki ps. Wowa. Aresztowanie i rozbrojenie dowództwa oznaczało koniec działalności Pierwszego Plutonu Szturmowego AK Ziemi Wielkopolskiej, tym bardziej, że jeszcze tego samego dnia zatrzymano 10 współpracowników tej organizacji. W sumie w tej poakowskiej organizacji od 31 lipca 1950 r. do 2 grudnia 1950 r. działało 12 członków i około 20 współpracowników.
     Rozprawy przeciwko większości z nich potoczyły się dość szybko. Już w marcu i kwietniu 1951 r. 29 z nich otrzymało wyroki od dożywocia do kilku miesięcy więzienia, wydane przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Poznaniu. W ukryciu pozostawał Zygmunt Góralski i dwóch więźniów, którzy dzięki niemu uciekli. Skazany nie został Edmund M., czyli agent Leszek.

W tym domu, znajdującym się do dzisiaj w Żninie przy ulicy Bohaterów 3, Zygmunt Góralski został aresztowany przez funkcjonariuszy UB ze Żnina fot. Bartosz Woźniak

     GÓRALSKI INSPIRATOREM
     Natychmiast po aresztowaniu członków konspiracyjnej organizacji, ruszyło śledztwo mające na celu przede wszystkim odszukanie, aresztowanie i skazanie Zygmunta Góralskiego. Z jego przebiegu wynika zupełnie inna wersja, jeśli chodzi o przywództwo na pierwszym etapie tworzenia podziemnej organizacji antykomunistycznej. Inicjatorem jej powołania miał być Zygmunt Góralski, a nie Zygmunt Biskup, choć być może jest to tylko efekt zeznań dowódców Pierwszego Plutonu Szturmowego AK ZW, którzy próbowali się wybronić przed wysokimi wyrokami. Tego się już raczej nie dowiemy, oddajmy zatem głos dokumentom.
     Następnego dnia po aresztowaniu dowódców oddziału, czyli 3 grudnia 1950 r., w raporcie ze śledztwa szef Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa w Wągrowcu, informując naczelnika Wydziału III WUBP w Poznaniu o akcji likwidacyjnej Pierwszego Plutonu Szturmowego Armii Krajowej Ziemi Wielkopolskiej z 2 grudnia, w tym aresztowania dowódców Zdzisława Zalecińskiego i Zygmunta Biskupa, pisał: Z wstępnego śledztwa wynika, że na terenie naszego powiatu działa nielegalna organizacja o zabarwieniu akowskim. Ujawniono, że Biskup Zygmunt został zwerbowany już w miesiącu marcu 1950 r. przez Góralskiego, strażnika więzienia w Wągrowcu, który wraz z dwoma więźniami zbiegł w miesiącu sierpniu i dotychczas jest poszukiwany.
     Kilka dni później PUBP w Wągrowcu z 9 grudnia 1950 r. w relacji ze sprawy nielegalnej organizacji pod nazwą Pierwszy Pluton Szturmowy Armii Krajowej Ziemi Wielkopolskiej, na terenie powiatów wągrowieckiego i chodzieskiego pisał: Zygmunt Biskup w miesiącu marcu 1950 r. został zwerbowany do nielegalnej organizacji AK istniejącej na terenie powiatu wągrowieckiego przez funkcjonariusza więziennictwa w Wągrowcu - Zygmunta Góralskiego, któremu składał przysięgę na wierność organizacji, której dowódcą był Zygmunt Góralski. Od chwili zwerbowania Biskupa do nielegalnej organizacji przez Góralskiego, byli ze sobą w ścisłym kontakcie, gdzie Biskup otrzymał od Góralskiego polecenie zwerbowania dalszych osób do organizacji, zaopatrzenia ich w broń i pieniądze, które miał zrabować z poczty w Wągrowcu, co uczynił przed ucieczką w sierpniu 1950 r. Z chwilą dokonania tego miał skontaktować się z Góralskim w miejscowości Konary (pow. Wągrowiec), gdzie miał otrzymać dalsze polecenia.
     Z kolei w raporcie z 12 grudnia 1950 r. dotyczącym tegoż śledztwa, do WUBP w Poznaniu została przekazana informacja, z której wynika, iż dowódcy Pierwszego Plutonu Szturmowego AK Ziemi Wielkopolskiej nie przyznawali się do jakiejkolwiek współpracy z Zygmuntem Góralskim. Z zeznań Zygmunta Biskupa miało wynikać jakoby z Zygmuntem Góralskim kontakty miał utrzymywać Zdzisław Zaleciński. Ten z kolei miał stwierdzić, jak czytamy w raporcie: mimo różnych form przesłuchania, że w ogóle takiego nie zna. W relacji tej znajduje się również podejrzenie służb bezpieczeństwa, jakoby Zygmunt Góralski ukrywał się w lasach smogoleckich między Chodzieżą a Wągrowcem, o czym miałyby świadczyć materiały zebrane w Komendzie Powiatowej MO Chodzież, mówiące, iż w październiku widziano tam 4 osoby uzbrojone w karabiny.
     AGENT LESZEK NA FAŁSZYWYM TROPIE
     Sprawa poszukiwań Zygmunta Góralskiego sięgnęła najwyższych szczebli organów bezpieczeństwa państwa. Dotarła bowiem nawet do naczelnika Wydziału I Departamentu III Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie. W piśmie do niego, kierowanym 20 grudnia 1950 r. przez naczelnika Wydziału III Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Poznaniu, kpt. Majkowskiego, znajdujemy m.in. informacje o działalności agenta Leszka, który miał wydatnie przyczynić się do likwidacji Pierwszego Plutonu Szturmowego AK i aresztowania jego dowódców - Zalecińskiego i Biskupa. Został on z tego oddziału zwerbowany przez UB.
     Dalej czytamy, że kolejnym jego zadaniem miało być dotarcie do Zygmunta Góralskiego i umożliwienie jego aresztowania przez funkcjonariuszy UB. W tym celu do akceptacji w Warszawie przesłano plan akcji operacyjnej, która miałaby się do tego przyczynić, a jej szczegóły wyglądały następująco: Ze względu na to, że założycielem nielegalnej organizacji na terenie powiatu Chodzież - Wągrowiec był Góralski, który zwerbował Biskupa, a z kolei ten innych członków. Obecnie w/w Góralski ukrywa się na tamtejszym terenie, mogąc stworzyć nową bandę. W związku z dalszą realizacją stwarza ono możliwości skontaktowania agenta z w/w za odpowiednią legendą (przy tym zastosowane będzie szereg kombinacji od wewnątrz, co wskazywałoby, że agent ukrywa się). [...] Nadmieniamy, że nastąpi dalsza realizacja w myśl nakreślonego planu z dnia 19 XII 1950 r. W związku z tym jest możliwość zastosowania kombinacji operacyjnych, rewizji w stosunku do rodziny agenta podczas jego nieobecności, przytrzymanie kilkudniowe jednego z członków rodziny stwarza możliwości zakonspirowania agenta i skontaktowania go z Góralskim.
     Wprowadzenie tego planu w życie potwierdza dokument z 22 grudnia 1950 r. sporządzony przez szefa Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Wągrowcu, a skierowany do naczelnika Wydziału III WUBP w Poznaniu. Jest w nim następująca informacja: W dniu 20 XII 1950 r. nawiązano łączność z ag. „Leszek“, któremu polecono ucieczkę z domu na okres trzech dni.
     Z kolei w Planie przedsięwzięć dalszego wykorzystania agenta „Leszka“ po linii bandytyzmu, sporządzonym w PUBP w Wągrowcu 20 stycznia 1951 r., można znaleźć następującą informację: W lasach Dąbkowice, Dziewoklucz i Budzyń było widzianych w grudniu 1950 r. dwóch osobników z bronią w ręku. Na co wskazują materiały, że na tych terenach może istnieć banda i jest w podejrzeniu, że może ukrywać się tam Zygmunt Góralski, funkcjonariusz więziennictwa, który zbiegł w czerwcu 1950 r. z dwoma więźniami oraz ukrywa się tam być może Szymański Wacław, który jest poszukiwany.
     Z LASU DO DOMU I Z POWROTEM
     Jak mówi Wacław Góralski, o czym funkcjonariusze UB nie mogli wiedzieć, na zimę roku 1950 jego brat Zygmunt pod osłoną nocy wrócił z lasu do rodzinnego domu, który znajdował się wówczas przy ulicy Bohaterów 3 w Żninie. W lesie ukrywał się od momentu ucieczki przez lato i jesień. Jego obecność w grudniu we wspomnianych przez wągrowieckie UB lasach nie była zatem możliwa.
     Na tamtym terenie nie przebywał również w okresie wcześniejszym, zanim wrócił do domu. Funkcjonariusze UB z Wągrowca i Chodzieży najwyraźniej zgubili jego trop. Po kilku tygodniach od ucieczki Zygmunt Góralski pod osłoną nocy pojawił się bowiem w domu i skontaktował z rodzicami. - Rodzice nie wszystko nam wtedy mówili. Nie pamiętam dokładnie, kiedy pierwszy raz przeszedł. Po tym jak się pojawił w domu latem, pomagałem mu wykopać i zabezpieczyć ziemiankę w lesie koło Szelejewa. Dla bezpieczeństwa szliśmy do lasu osobno, przez Gąsawę. Ja prowadziłem rower z prowiantem dla niego. Później jeszcze wiele razy mu dostarczałem potrzebne rzeczy, jedzenie czy ubranie - opowiada Wacław Góralski, dodając że brat miał przy sobie w tym czasie mały pistolet.
     Życie Zygmunta Góralskiego toczyło się więc między domem i lasem w Szelejewie, w którym przebywał w okresie cieplejszych miesięcy. Tak było także w 1951 r. W ziemiance spędził czas do jesieni, po czym ponownie wrócił do domu przy ulicy Bohaterów, w którym rodzina Góralskich mieszkała. - W domu miał swój osobny pokój zaraz przy kuchni. Drzwi mieszkania na wypadek rewizji były zawsze zamykane. Dla brata była przygotowana kryjówka przy piecu kaflowym w dużym pokoju. Pod blachą ochraniającą podłogę od popiołu, która leżała przy piecu, znajdował się otwór wykopany w ziemi pod drewnianą podłogą. Było to przykryte deskami i blachą, nic nie było widać - mówi Wacław Góralski.
     DONOS I ARESZTOWANIE 
     Kryjówka w domu okazała się bezpieczna tylko do czasu, gdyż bezpieka nie zapomniała o Zygmuncie Góralskim i cały czas go próbowała odnaleźć. Kilka miesięcy później wpadła na jego trop i 19 maja 1952 r. został aresztowany we własnym domu przez funkcjonariuszy PUBP w Żninie. - Kiedy przyszli aresztować brata, byłem akurat w szkole zawodowej w Inowrocławiu, gdzie się uczyłem. Było to przed południem. Dokładnie wszystko wiedzieli, które drzwi prowadzą do jego pokoju. Jak weszli, od razu przez kuchnię ruszyli w kierunku jego pokoju i zaczęli strzelać przez drzwi. Z tego co pamiętam, były ślady po czterech pociskach. W domu była wtedy tylko mieszkająca z naszą rodziną od czasów wojny Bronisława Malak, która akurat robiła pranie w kuchni - opowiada Wacław Góralski.
     Być może do aresztowania nigdy by nie doszło, gdyby nie donos, który prawdopodobnie złożył w żnińskim UB jeden z kolegów. - Krótko przed aresztowaniem Zygmunt wyszedł z domu w nocy i spotkał się z dwoma dobrymi kolegami ze Żnina. Kilka dni potem była akcja UB w naszym domu i został zatrzymany - wspomina jego brat Wacław.
    W aktach IPN znajduje się informacja, zawarta także w wyroku sądu wśród postawionych zarzutów, jakoby Zygmunt Góralski ostrzeliwał się ze swojego pokoju w momencie wtargnięcia funkcjonariuszy UB do mieszkania. Wacław Góralski powątpiewa w tę informację, zwracając uwagę, iż ślady po pociskach znajdujące się na drzwiach wychodziły tylko w jedną stronę - do środka pokoju brata.
     Akcja UB w mieszkaniu na Bohaterów odbiła się dużym stresem na głowie rodziny Antonim Góralskim, który wiele doświadczył już podczas II wojny światowej w czasie walki na froncie i w niemieckiej niewoli. O zatrzymaniu syna dowiedział się po powrocie z pracy. - Po aresztowaniu Zygmunta ojciec ze strachu uciekł z domu. Szedł w kierunku Gniezna w laczkach lasami, uciekał przed ewentualnym zatrzymaniem. Kilka miesięcy ukrywał się u rodziny w Gnieźnie - mówi Wacław Góralski.

Rodzina śp. Zygmunta Góralskiego nigdy nie zwracała się do IPN z prośbą o pomoc w sprawie ewentualnej ekshumacji jego szczątków. Instytut Pamięci Narodowej realizuje w całym kraju projekt badawczy „Poszukiwanie nieznanych miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego 1944-1956“, w ramach którego poszukiwane i odnajdywane są szczątki ofiar komunizmu. Działania te prowadzone są w sposób planowy, naukowy, w kontakcie z rodzinami ofiar komunizmu. (...)
W przypadku, gdy rodzina śp. Zygmunta Góralskiego zwróci się do IPN z prośbą o pomoc nasza instytucja podejmie zgodnie z procedurami stosowne działania.

Naczelnik Samodzielnego
Wydziału Poszukiwań
dr hab. Krzysztof Szwagrzyk
12 czerwca 2015 r.

     ŚMIERĆ ZA KATYŃ
     Zygmunt Góralski trafił do więzienia we Wronkach. Zarzuty, jakie mu postawiono to: udział w związku przestępczym usiłującym zmienić ustrój państwa przemocą, opuszczenie stanowiska służbowego i zabranie broni, pomoc w uwolnieniu więźniów i zaopatrzenie ich w broń, strzały z pistoletu w kierunku funkcjonariuszy UB i rozpowszechnianie w czasie pobytu w areszcie informacji godzących w sojusz Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej ze Związkiem Radzieckim. Akt oskarżenia sporządził 8 października 1952 r. oficer śledczy WUBP w Poznaniu, ppor. Antoni Kujawa, po czym sprawa trafiła przed oblicze Wojskowego Sądu Rejonowego w Poznaniu.
     Na rozprawę sądową w charakterze świadków zostali wezwani m.in. członkowie rodziny - matka Pelagia Góralska i brat Wacław. - Rozprawa się odbywała, ale to wszystko było takie pokazowe. Na rozprawie mama była dwa razy, ja byłem raz. Powiedziałem, że nie chcę zeznawać na temat brata. Na rozprawie brata nie widziałem. UB go pochwyciło i strzelało, a oni zeznawali, że to brat zaczął strzelać. W trakcie rozprawy trzeba było wychodzić, żebyśmy ne przykład nie słyszeli tego, co zeznają świadkowie UB ze Żnina i w ogóle kto zeznaje. Gdy siedział ze współwięźniami w Poznaniu rozmawiali o Katyniu, że to ruskie wymordowali Polaków. Według matki, dwóch więźniów zeznawało przeciwko niemu w sprawie tych rozmów o Katyniu. W czasie drugiego dnia rozprawy został skazany na karę śmierci. Wyrok śmierci widzieli rodzice, pisali o akt łaski do Bieruta, ale nic to nie dało. Jak się dowiedzieliśmy, był to ostatni więzień skazany na karę śmierci na terenie Wielkopolski - wspomina okoliczności procesu Wacław Góralski, dodając z żalem, że być może kilka miesięcy później, w okresie politycznej odwilży, która nastała po śmierci Józefa Stalina, wyrok byłby łagodniejszy.
     Biorąc pod uwagę zarzuty postawione Zygmuntowi Góralskiemu, prawdopodobnie najcięższym z nich z punktu widzenia ówczesnej władzy była sprawa dotycząca szerzenia informacji o zbrodni katyńskiej, dokonanej przez Sowietów wiosną 1940 r., której przez kolejnych kilkadziesiąt lat się wypierali. Rozpowszechnianie informacji o faktycznych autorach zbrodni, której znaczenie dla Polaków miało wielki wymiar symboliczny i moralny, nie mogło być tolerowane w kraju, w którym rządziła ekspozytura NKWD. Było to wówczas przestępstwo najwyższego rzędu, godzące w stosunki polsko-radzieckie, które miały się opierać na trwałym sojuszu, przyjaźni i współpracy. Zważywszy na czas, w którym aresztowany dopuścił się tego czynu, a więc okres terroru komunistycznego i utrwalania władzy ludowej za pomocą najkrwawszych zbrodni, przy wydatnym udziale i nadzorze ze strony funkcjonariuszy NKWD, można uznać to za pewnik. Tym bardziej, że pozostali członkowie Pierwszego Plutonu Szturmowego AK Ziemi Wielkopolskiej, także i dowódcy, nie otrzymali wyroków kary śmierci.
     Nasuwa się pytanie, skąd w dobie ukrywania przez czynniki państwowe prawdy o winnych zbrodni katyńskiej, młody człowiek, uczący się za rymarza, wiedział o tym fakcie?
     Jak się okazuje, źródłem jego wiedzy była niemiecka książka, którą pokazał Wacławowi Góralskiemu jego kolega. - Książka została znaleziona gdzieś na strychu obecnej Szkoły Podstawowej nr 1 w Żninie zaraz po wojnie przez matkę mojego kolegi, która tam chyba sprzątała. Prawdopodobnie zostawili ją tam Niemcy, którzy przedstawili w niej zbrodnię katyńską, broniąc się przed zarzutami. Dzięki temu u nas w domu od początku było wiadomo, kto za tę zbrodnię odpowiada - wspomina Wacław Góralski.
     Zdobyta w ten sposób wiedza, którą za punkt honoru Zygmunt Góralski stawiał sobie, aby ją rozpowszechniać, być może przyczyniła się do tak surowego wyroku, jaki otrzymał. Został skazany wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Poznaniu z 18 października 1952 r. na karę śmierci i utratę praw na zawsze.
     Na wykonanie wyroku Zygmunt Góralski czekał ponad 5 miesięcy. Nie wiadomo jednak, czy przebywał wtedy we Wronkach, czy może po wyroku pozostawiono go już w poznańskim więzieniu. Został rozstrzelany 30 marca 1953 r. Jako miejsce śmierci w odpisie aktu zgonu wydanego rodzinie 3 lutego 1998 r. przez Urząd Stanu Cywilnego w Poznaniu, potwierdzającego zgodność z aktem zgonu z 1953 r., widnieje Poznań. Od tego czasu ślad po nim zaginął, choć rodzina próbowała szukać informacji o miejscu pochówku. Bezskutecznie.
     O DOBRE IMIĘ BRATA
     Kiedy w 1989 r. w krajach Europy Środkowo-Wschodniej nastąpiły przemiany demokratyczne, dla rodziny Zygmunta Góralskiego pojawiła się szansa na przywrócenie mu dobrego imienia, o co można było wnieść sprawę przed sądem suwerennej Rzeczypospolitej Polskiej. Decyzję o tym podjął około połowy lat 90. ubiegłego wieku brat zamordowanego Wacław Góralski, który złożył wniosek o unieważnienie wyroku z 18 października 1952 r. wydanego przez nieistniejący już wtedy Wojskowy Sąd Rejonowy w Poznaniu. - Wystąpiłem o to, żeby zrehabilitować brata, ale też, żeby tamten wyrok nie ciążył na rodzinie. Z ludźmi różnie bywa. Długo jest spokój, ale czasem ktoś nagle coś wygrzebuje, a nie ma pewnych informacji i wtedy mogą się zacząć jakieś kłopoty. Mamy wyrok i jesteśmy już spokojni - mówi Wacław Góralski, któremu pozostały w pamięci powody do obaw w tej kwestii.
     Działalność brata w niepodległościowym podziemiu odbiła się bowiem krótko po wyroku śmierci także na Wacławie Góralskim, który nie uniknął z tego powodu swego rodzaju represji. - Kiedy miałem iść do wojska, jako niepewny element zostałem skierowany do Kopalni Węgla Kamiennego „Makoszowy“ koło Zabrza, gdzie pracowałem przez dwa lata - wspomina i dodaje z żartem: - Byłem w WOP-ie, który kopie. Wojska Ochrony Pogranicza powołane zostały jako osobna formacja wojskowa do ochrony granic w 1945 r.
     Z kolei, gdy jego syn Roman Góralski, ubiegając się w 1981 r. o przyjęcie do Wyższej Szkoły Oficerskiej we Wrocławiu, podał w ankiecie, że stryj był skazany na karę śmierci, funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej sprawdzali tę informację u rodziców w Żninie. Fakt ten nie zaszkodził jednak w dostaniu się do tej szkoły. - Jakiś rok później, gdy rozmawiałem z oficerem kontrwywiadu poruszył on sprawę kary śmierci dla stryja. Nie wiem, czy pod tym pretekstem chciał mnie zwerbować, choć nigdy tego nie zaproponował. Problemów z powodu wyroku dla stryja nigdy jednak nie miałem - zapewnia Roman Góralski.
     Ostatecznie 8 listopada 2000 r. Sąd Okręgowy w Poznaniu - Wydział III karny pod przewodnictwem sędziego Piotra Hejduka, postanowił, na podstawie Ustawy z dnia 23 lutego 1991 r. o uznaniu za nieważne orzeczeń wydanych wobec osób represjonowanych za działalność na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego, uznać za nieważny wyrok byłego Wojskowego Sądu Rejonowego w Poznaniu z 18 października 1952 roku, skazujący Zygmunta Góralskiego na karę śmierci.
     Wacław Góralski zapytany, czy z tytułu wyroku rehabilitacyjnego rodzina mogła się ubiegać o odszkodowanie za śmierć Zygmunta, odpowiedział: - Pytali w sądzie czy matka i ojciec żyją, czy żona jest, bo im tylko mogło przysługiwać odszkodowanie. Z racji tego, że rodzice nie żyli, a żony nie miał, nic nie dostaliśmy.

     ODNALEZIONY GRÓB
     O miejscu pochówku rodzina nie została poinformowana, co było zgodne z linią postępowania stalinowskich oprawców, których motywem działania była nie tylko likwidacja fizyczna żołnierzy wyklętych, ale także wykreślenie ich z historycznej pamięci. Dlatego byli grzebani potajemnie, w bezimiennych grobach, w ustronnych miejscach. Starania Antoniego i Pelagii Góralskich, poszukujących informacji o grobie syna, nie przyniosły wówczas rezultatu.
     Przełom nastąpił po ubiegłorocznej publikacji w Głosie Wielkopolskim, którego dziennikarz Krzysztof M. Kaźmierczak, na podstawie analizowanych dokumentów natrafił na grób Zygmunta Góralskiego. Jak się okazało, został on pochowany 1 kwietnia 1953 r. na cmentarzu Miłostowo w Poznaniu, tyle że pod zmienionym nazwiskiem, a mianowicie Góralczyk.
     Rodzina bohaterskiego strażnika więziennego widzi w zmienionym nazwisku celowe działanie, które być może było decyzją ludzi dobrej woli, którzy znaleźli się wśród ówczesnych władz więzienia bądź wymiaru sprawiedliwości. - Nazwisko prawdopodobnie zostało zmienione celowo. Być może ktoś chciał zachować po nim jakiś ślad i zdecydował, że nie został pochowany w nieznanym miejscu, w bezimiennej mogile. Może dlatego zmieniono nazwisko na grobie i w księgach, aby nie wzbudzić podejrzeń. Miejsce pochówku było odosobnione, ale to jednak pole należące już wtedy do cmentarza. Chcielibyśmy jednak bardzo, aby jego szczątki trafiły do grobu rodzinnego w Żninie. Na jednym cmentarzu, w jednym miejscu rodzina byłaby razem. Sami tego nie zrobimy, bo ekshumacja jest droga, a nas na to nie stać. Chcielibyśmy tylko, żeby został normalnie pochowany - mówi Wacław Góralski, który z uwagi na stan zdrowia do tej pory nie mógł odwiedzić grobu brata.
     - Nikt przypadkowy nie mógłby spontanicznie i na własną rękę przeprowadzić pochowania człowieka, tym bardziej uznanego za wroga państwa i rozstrzelanego. Mogło się to wiązać nawet z ryzykiem utraty własnego życia. Trzeba było zorganizować samochód, przewieźć ciało, w końcu sfałszować dokumenty z nazwiskiem. Musiał to być ktoś z dowództwa więzienia, może koledzy - rozważa bratanek bohatera, mieszkający w Poznaniu Roman Góralski, który jako pierwszy z rodziny pojawił się przy odnalezionym grobie, powiadomiony o tym przez dziennikarza Głosu Wielkopolskiego, który mu w tym towarzyszył. - Zapaliłem znicz na grobie. Chociaż tak mogłem upamiętnić stryja - mówi Roman Góralski.

Wacław Góralski pokazuje artykuły w „Głosie Wielkopolskim“, z których po 61 latach dowiedział się o miejscu pochówku zamordowanego przez Urząd Bezpieczeństwa brata fot. Bartosz Woźniak

     EKSHUMACJA MOŻLIWA
     W całym tym szczęściu, które spadło na rodzinę Góralskich po 61 latach, nieszczęście polega na tym, że w 1990 r. grób Zygmunta Góralskiego został zlikwidowany przez zarządcę cmentarza z racji zaległości w opłatach, których rodzina nie regulowała, gdyż nie wiedziała o jego istnieniu. Pocieszające w tym wszystkim jest to, że likwidacja nie polegała na usunięciu szczątków zmarłego, ale na pogłębieniu grobu i umieszczeniu nowego pochówku na dotychczasowym. Tu rodzina natrafiła jednak na kolejny problem, gdyż ekshumacja jest możliwa za zgodą dysponenta miejsca grobu lub wskutek decyzji prokuratorskiej.
     Zapytaliśmy zarządcę cmentarza Miłostowo w Poznaniu, którym jest Universum Spółdzielnia Pracy, jak obecnie, po ponad roku od odnalezienia grobu Zygmunta Góralskiego, wygląda sytuacja w kwestii ewentualnej ekshumacji. 23 października br. otrzymaliśmy następującą informację: W odpowiedzi na Pana zapytania dotyczące grobu nr 18- -11-328, w którym dnia 1 kwietnia 1953 r. pochowany został Góralczyk Zygmunt (zgodnie z zapisami w księgach cmentarnych), w którym obecnie spoczywa Marianna Tritt, pragniemy poinformować, że w ubiegłym roku podjęliśmy próby skontaktowania się z rodziną zmarłej Marianny Tritt. Umieściliśmy również wiadomość na grobie z prośbą o kontakt z pracownikami biura cmentarza Miłostowo. Niestety, do dnia dzisiejszego nikt zarówno z rodziny zmarłej Marianny Tritt, jak i z rodziny zmarłego Zygmunta Góralskiego nie zgłosił się do naszej Spółdzielni - napisał Leszek Grabarski z Uniwersum.
     Roman Góralski, będąc przed rokiem z okazji Wszystkich Świętych przy miejscu pochówku stryja nie zauważył jakichkolwiek śladów obecności rodziny Marianny Tritt w formie pozostawionych kwiatów czy zniczy. Gdy poszedł w tym roku na cmentarz 1 listopada, na grobie palił się znicz, więc ktoś musiał się tam pojawić, ale czy akurat z rodziny tej zmarłej, czy może ktoś przypadkowy - nie wiadomo.
     O stanowisku zarządcy spółdzielni poinformowaliśmy rodzinę zmarłego, zwracając uwagę, iż droga do ekshumacji nie została zamknięta, a wręcz przeciwnie, z treści pisma wynika, że firma Universum jest otwarta na kontakt. - Faktycznie do tej pory nie pomyślałem o tym, żeby się z nimi skontaktować. Skoro jest taka odpowiedź z ich strony, w najbliższym czasie postaram się z nimi porozmawiać w tej sprawie - mówi Roman Góralski, dodając, że położenie grobu daje możliwość ekshumacji bez naruszenia pochówku znajdującego się powyżej. - Widzę tam lukę między grobami, która być może dawałaby szansę na przeprowadzenie ekshumacji w ten sposób, ale nie znam się na tym procesie, więc nie jestem pewien.
     Nadzieję na ekshumację daje również stanowisko, które przesłał nam dr Krzysztof Szwagrzyk, szef Samodzielnego Wydziału Poszukiwań Instytutu Pamięci Narodowej (treść publikujemy w ramce). Wynika z niego, że żadne działania w sprawie ekshumacji nie zostały przez IPN wszczęte z prozaicznego powodu. Nie wystąpiła o to przede wszystkim rodzina, którą także poinformowaliśmy o wspomnianej odpowiedzi z IPN. Wzbudziła ona w rodzinie Góralskich dużą nadzieję na pozytywne zakończenie tej tragicznej i zarazem niezmiernie ciekawej historii; obrazującej jak antydemokratyczny system potrafił nie tylko niszczyć pojedynczego człowieka, ale i wpływać na późniejsze życie jego rodziny, także w tym najbardziej osobistym wymiarze, jakim jest brak możliwości dokonania godnego pochówku najbliższej osoby i zapalenia znicza na jego grobie.
     O dalszym ciągu tej historii, miejmy nadzieję zakończonej pozytywnym skutkiem w postaci ekshumacji szczątków ciała Zygmunta Góralskiego, przewiezienia ich do Żnina i powtórnego pochówku z honorami przysługującymi bohaterom, będziemy informować w Pałukach.

 

W odpowiedzi na Pana pismo z dnia 08.11.2014 r. przesłane drogą elektroniczną, dotyczące kwestii ekshumacji szczątków Zygmunta Góralskiego, uprzejmie informuję, iż z zapytaniem w tej sprawie winien Pan wystąpić do dr hab. Krzysztofa Szwagrzyka, pełnomocnika Prezesa Instytutu Pamięci Narodowej ds. poszukiwań nieznanych miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego (adres do korespondencji: ul. Wołoska 7, 02-675 Warszawa). Tutejsza Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu nie jest właściwa do zajmowania się takimi sprawami. Prokuratorzy Instytutu Pamięci Narodowej prowadzą śledztwa m.in. w sprawach o zbrodnie komunistyczne określone w art. 2 ust. 1 ustawy z dnia 18 grudnia 1998 r. o Instytucie Pamięci Narodowej - Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, zgodnie z którym zbrodniami komunistycznymi są czyny popełnione przez funkcjonariuszy państwa komunistycznego w okresie od dnia 17 września 1939 r. do dnia 31 lipca 1990 r., polegające na stosowaniu represji lub innych form naruszania praw człowieka wobec jednostek lub grup ludności bądź w związku z ich stosowaniem, stanowiące przestępstwa według polskiej ustawy karnej obowiązującej w czasie ich popełnienia. Sprawa wydania wyroku śmierci i jego wykonania na Zygmuncie Góralskim (tzw. zbrodnia sądowa) nie była dotąd przedmiotem czynności procesowych tutejszej Komisji. Aby podjąć takie czynności i przeprowadzić w danej sprawie śledztwo, musi zachodzić uzasadnione podejrzenie popełnienia przestępstwa, na przykład przez orzekających w sprawie Z. Góralskiego sędziów (art. 303 kpk). Takimi danymi tutejsza Komisja nie dysponuje.

z poważaniem
Mirosław Więckowiak
prokurator

 

 
 

Bartosz Woźniak
Pałuki nr 1239 (45/2015)

 

Inne teksty na ten temat:

Będzie ekshumacja

Żołnierz wyklęty z Pałuk doczeka się godnego pochówku

Sprawa Zygmunta Góralskiego coraz bliżej wyjaśnienia

Przestrzelona czaszka wskazuje na ofiarę komunistycznego terroru

Odebrał notę identyfikacyjną brata

Zdjęcia z uroczystości pogrzebowych ś.p. Zygmunta Góralskiego.

Film z uroczystości pogrzebowych ś.p. Zygmunta Góralskiego.

Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry